Cuda, cuda ogłaszają!
Świat UEFA Women's Champions League UEFA Womens Champions League

Cuda, cuda ogłaszają!

bbb

Obrazek tej jesieni nie nowy, ale zawsze cieszy! Häcken znów szokuje piłkarską Europę! (Fot. Bildbyrån)

 W poprzednim tygodniu pucharowe rozważania rozpoczęliśmy od pochwał pod adresem piłkarek z Hisingen, więc dla równowagi tym razem odwrócimy kolejność na tę nieco bardziej chronologiczną. Bo nie da się ukryć, że to byłe już mistrzynie Szwecji z Malmö jako pierwsze wybiegły w środowy wieczór na murawę, aby na kameralnym stadionie nieopodal Lizbony powalczyć o historyczne punkty, europejską chwałę i znaczący zastrzyk gotówki od UEFA. A do tej wyliczanki spokojnie moglibyśmy dodać jeszcze chęć rewanżu za przegrany w może nie kompromitującym, lecz naprawdę słabym stylu dwumecz sprzed dwunastu miesięcy. Fani Rosengård szansy na ewentualny sukces upatrywali między innymi w tym, że latem z Benfiki do londyńskiego Arsenalu wytransferowana została kanadyjska gwiazda Cloe Lacasse, ale już wkrótce miało się okazać, że były to nadzieje mocno naiwne. To znaczy, ekipa z Portugalii faktycznie zaprezentowała na boisku zauważalnie mniejszą ofensywną siłę rażenia, ale i to okazało się wystarczyć na grające bez żadnego sensownego konceptu rywalki ze Skanii. Na samym początku drugiej połowy Jessica Silva zapisała na swoim koncie nieco przypadkową asystę, nie bez przyczyny nazywana przyszłością lizbońskiego futbolu Kika Nazareth pociągnęła sytuacyjnie, po ziemi, przy dalszym słupku i gospodynie mogły księgować pierwszy tej jesieni komplet punktów w fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Choć z takich realnych konkretów, poza bramkową sytuacją zaprezentowały nam jeszcze tylko minimalnie niecelną próbę w wykonaniu znanej nam z boisk Damallsvenskan Marie Alidou D’Anjou oraz jeden kąśliwy strzał z dystansu, który z kolei na rzut rożny świetnie sparowała Angel Mukasa. Jako się rzekło, szału nie ma, ale z Rosengård udało się wygrać nawet bijąc rekordy niecelnych podań oraz coraz bardziej żałośnie wyglądających boiskowych symulek, dzięki którym w ostatnich dwudziestu minutach więcej było w tym wszystkim przerw niż efektownej, czystej gry.

Żeby było zabawniej, podopieczne Ievy Cederström tak fatalnego z ich perspektywy meczu wcale nie musiały przegrać. Dokładnie jak tydzień temu, pomocną dłoń co i raz wyciągały do nich bowiem przeciwniczki, które jakby uparły się, że skoro gościnie ze Szwecji nie potrafią wykreować czegokolwiek własnymi siłami, to najwyraźniej trzeba je w tym wyręczyć. Jako pierwsze uczyniły to Carole Costa do spółki z Kiką Nazareth, gdy pierwsza z wymienionych zagrała niedokładną piłkę, a druga zaliczyła na murawie poślizg, zostawiając w ten sposób Rii Öling autostradę do bramki Benfiki. Ponad 60-krotna reprezentantka Finlandii z prezentu jednak nie skorzystała, podobnie zresztą jak Mai Kadowaki oraz Bea Sprung, które w sytuacjach sam na sam z Leną Pauels w odstępie kilkunastu sekund solidarnie… ostrzeliwały byłą golkiperkę Werderu Brema. Tym sposobem ósmy mecz FC Rosengård w fazie grupowej Mistrzyń zakończył się ósmą kolejną porażką, a skoro w tej edycji ekipę z Malmö czekają jeszcze dwie potyczki z Barceloną i dwie w środku szwedzkiego okna transferowego (czy ogólnie piłkarskich wakacji w naszej części kontynentu), to najbliższa przyszłość wcale nie rysuje się w przesadnie jasnych barwach. Co więksi optymiści mogą oczywiście pocieszać się faktem, że na kampusie Seixal swój najlepszy w bieżącym roku kalendarzowym mecz rozegrała Caroline Seger, choć z drugiej strony nie mamy aż takiej pewności, czy aby na pewno są to realne powody do radości oraz czy więcej mówi nam to o samej kapitance, czy może o aktualnej kondycji niezwykle zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu.

A co słychać u naszych bohaterek sprzed tygodnia? Cóż, mówiąc najdelikatniej, nie sprawdziły się proroctwa trenera Maka Adama Linda, który wyrażał nadzieję, że późnojesienna aura szwedzkiego, zachodniego wybrzeża może okazać się dodatkowym sprzymierzeńcem jego piłkarek. Rywalki z Madrytu podmuchów porywistego wiatru najwyraźniej się jednak nie przestraszyły i już po ośmiu minutach boiskowej rywalizacji pozbawiły Häcken niespodziewanie wywalczonego na paryskiej ziemi fotela liderek grupy D. Z nieprzyjemnym strzałem Maite Oroz nie bez kłopotów poradziła sobie jeszcze Jennifer Falk, ale wobec dobitki Signe Bruun bezradna była zarówno ona, jak i jej koleżanki z formacji defensywnej. Ostatnie miesiące nauczyły nas jednak, że w przypadku bojowo nastawionych Os z Hisingen nawet szybko stracony gol wcale nie oznacza jeszcze nokautu, więc wraz ze szczelnie wypełniającymi trybuny Bravida Areny kibicami w żółto-czarnych barwach czekaliśmy na jeszcze jeden pucharowy cud. Ten jednak póki co ani myślał nadchodzić, bo przed przerwą gospodynie zaledwie jeden raz skierowały futbolówkę w światło bramki Misy Rodriguez, ale próba Anny Anvegård golkiperce światowej klasy jakichkolwiek problemów sprawić nie mogła. Zdecydowanie bliższe kolejnych trafień były natomiast wicemistrzynie Hiszpanii, które dodatkowo czarowały jeszcze publiczność naprawdę efektownymi zagraniami. Signe Bruun próbowała zaskoczyć Falk niesygnalizowanym strzałem piętą, a bohaterka tegorocznego mundialu Olga Carmona wykorzystała fakt, że w ulubionym sektorze boiska zostawiono jej nieco więcej wolnej przestrzeni i zdecydowała się na mierzony strzał zza pola karnego. W obu przypadkach do pełni szczęścia zabrakło zawodniczkom z Madrytu nie więcej niż kilkunastu centymetrów.

Drugą połowę rozpoczynaliśmy jednak od wyniku 0-1, a ten niezmiennie dawał nadzieję. I od pierwszych minut po przerwie można było odnieść wrażenie, że z takiego samego wrażenia wychodzą także piłkarki Häcken. Do pewnego momentu ich ofensywne próby zatrzymywały się mniej więcej na trzydziestym metrze przed bramką Realu, ale nauczeni poprzednimi występami zawodniczek z Hisingen w Europie cierpliwie wyczekiwaliśmy tej jednej okazji, która prędzej czy później po prostu musi się wydarzyć. I tak doczekaliśmy do 59. minuty, kiedy to Anvegård wrzuciła klasyczną piłkę na walkę w pole karne, Felicia Schröder zdecydowanie nacisnęła interweniującą Rocio Galvez, zmuszając ją tym samym do błędu, a do bezpańskiej futbolówki dopadła Rosa Kafaji i Bravida Arenę ogarnął szał niepohamowanej radości! Wicemistrzyniom Szwecji ponownie wystarczyła zaledwie jedna, konkretna okazja, aby skutecznie otworzyć worek z bramkami i przybliżyć się do sprawienia kolejnej niespodzianki na wielkiej, europejskiej scenie. A może, przy odpowiedniej dozie szczęścia, spróbować powalczyć o coś więcej. Takie rozmyślania towarzyszyły nam, gdy na stadionie w Hisingen rozpoczynał się ostatni kwadrans meczu. Gospodynie ruszyły z błyskawicznym kontratakiem, Kafaji popisała się niezwykle dokładnym, kilkudziesięciometrowym podaniem do Katariiny Kosoli, a prawa wahadłowa Häcken przymierzyła w okienko bramki Realu tak, że Misa Rodriguez mogła tylko bić brawo. 2-1 dla miejscowych, a po chwili mogło być jeszcze lepiej, gdy rezerwowa dziś Aisha Masaka doskonale wypatrzyła wbiegająca w szesnastkę gościń Anvegård. Dwukrotna królowa strzelczyń Damallsvenskan wyniku wprawdzie nie poprawiła, ale zawodniczki z Madrytu wyglądały na zespół mocno zraniony, który nijak nie jest w stanie odnaleźć recepty na powrót do tego meczu. I rzeczywiście, pod bramką Jennifer Falk wcale nie byliśmy świadkami żadnego oblężenia, a coraz bardziej sfrustrowanym Hiszpankom nie pomogło nawet osiem doliczonych ostatecznie do drugiej połowy minut. Cud w Hisingen? A może jednak nowa normalność? Cokolwiek by to nie było, niech trwa nam jak najdłużej! Lider zostaje w Szwecji przynajmniej do grudnia!


Komplet wyników:


Tabele grup LM:

Jared Burzynski

1 Comment

  • Anonim 24 listopada 2023

    Ale czym sie tu podniecac? Real ma spadek formy i kilka czolowych piłkarek w szpitalu a rezerwy sie sa az tak fantastyczne zeby wyrownac poziom nieobecnych. Po prostu cieszyc sie z tego podarunku i tyle. Kolejny mecz wcale nie musi byc podobny do ostatniego.

Skomentuj

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error: Content is protected !!