Stany lepsze od Szwecji. Udany debiut Vlatko Andonovskiego

 Pierwsze zagrożenie nadeszło po trzydziestu sekundach, kiedy Tobin Heath postanowiła, że ogra Jonnę Andersson w niemal identyczny sposób jak niespełna pół roku temu w Hawrze i zakończy wszystko uderzeniem z ostrego kąta. Swój ambitny plan skrzydłowa Portland Thorns zdołała zresztą nawet wcielić w życie, ale na szczęście – dzięki przytomnej interwencji Magdaleny Eriksson – tym razem obyło się bez straty gola. Tyle szczęścia nie mieliśmy już jednak pięć minut później, kiedy to Christen Press w idealnym momencie zagrała do nabiegającej na wprost bramki Lindahl Carli Lloyd, a ta ostatnia zrobiła najlepszy możliwy użytek z niepewnej postawy szwedzkiej defensywy. Debiut Vlatko Andonovskiego na ławce trenerskiej USA rozpoczął się więc znakomicie, ale grająca w mocno eksperymentalnym ustawieniu kadra Petera Gerhardssona ani myślała oddawać mecz na stadionie w Columbus walkowerem. Ze swoich zadań już tradycyjnie dobrze wywiązywała się ustawiona przez selekcjonera na dziesiątce Kosovare Asllani, która dwukrotnie spróbowała zagrać efektowną kombinację z Liną Hurtig. Za pierwszym razem pomocniczce hiszpańskiego Tacon zabrakło jednak precyzji, a za drugim jej zamiar bezbłędnie odczytała Emily Sonnett, zażegnując w ten sposób niebezpieczeństwo. Do 25. minuty w Ohio byliśmy jednak świadkami bardzo wyrównanego widowiska, co biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności tego spotkania, kazało nam z umiarkowanym optymizmem wyczekiwać dalszego rozwoju wypadków.

Równa gra z mistrzyniami świata na ich terenie skończyła się jednak dość gwałtownie, a 180 sekund geniuszu Carli Lloyd mocno wstrząsnęło szwedzką kadrą. Bohaterka finału MŚ w Kanadzie najpierw odwdzięczyła się Press za asystę sprzed dwudziestu minut (choć byłej napastniczce Göteborga należy oddać, że w decydującej fazie akcji najbardziej pomogła sobie sama), a następnie skutecznym lobem po raz drugi tego wieczora umieściła futbolówkę w siatce Lindahl. To wszystko działo się niestety przy sporym udziale naszych defensorek, które zdecydowanie zbyt łatwo pozwalały Amerykankom na swobodne rozgrywanie piłki i kreowanie kolejnych, bramkowych sytuacji. Szczególnie niepokojąco wyglądała współpraca na linii Kullberg – Eriksson, a po obu stoperkach było widać zarówno brak zgrania, jak i nieprzystosowanie do gry w tym konkretnym ustawieniu. Swojego meczu na przełamanie nie zagrała również Andersson, która po przerwie zrehabilitowała się po części dobrej klasy dośrodkowaniami oraz uderzeniami ze stojącej piłki, ale bilans jej pojedynków z Heath nie prezentował się wiele lepiej niż podczas czerwcowego, mundialowego starcia. Zdecydowanie najwięcej problemów z napastniczkami z USA miała jednak debiutująca dziś w kadrze Kullberg, po której nie było widać ani krzty pewności charakteryzującej jej grę na boiskach Damallsvenskan. Rywalizacja z najlepszą ekipą świata nieco przerosła także duet naszych młodych pomocniczek Björn – Zigiotti i szczególnie ta ostatnia zdecydowanie często musiała uciekać się do nieprzepisowych zagrań, aby w ogóle spróbować powstrzymać amerykańską ofensywę. Całe szczęście, że karą za taką grę była tym razem jedynie żółta kartka, gdyż na tle takiego rywala powtórka z meczu z Portugalią i granie całej drugiej połowy w osłabieniu, mogły przynieść naprawdę opłakane skutki.

W przerwie meczu dwóch zmian dokonał trener Andonovski (na placu gry pojawiły się Williams oraz Sullivan), natomiast Peter Gerhardsson – jak to ma w zwyczaju – puścił w bój wyjściową jedenastkę. I ta zaczęła naprawdę odważnie, ale oprócz rajdów Jakobsson prawym skrzydłem oraz zamieszania po centrach Andersson z narożnika boiska, nie udało się poważniej zagrozić bramce Naeher. Z minuty na minutę rozkręcały się za to Amerykanki, co zdecydowanie najbardziej niepokoiło niezbyt pewne dzisiaj Kullberg i Eriksson. Ze szwedzkimi obrończyniami bez większych problemów radziły sobie obie jokerki w kadrze USA, ale na nasze szczęście, po ich uderzeniach na posterunku była Lindahl, która dwiema naprawdę niełatwymi interwencjami – jak się miało później okazać – utrzymała nas w meczu. Nasi przyjaciele zza Atlantyku nie nauczyli się bowiem jednej, podstawowej maksymy, która wyraźnie mówi, że kadra Petera Gerhardssona gra do końca bez względu na wynik. Tak było i tym razem, a nadzieję w nasze serca wlała trójkowa akcja piłkarek Rosengård. Całą zabawę rozpoczęła siedemnastoletnia Hanna Bennison, asystą popisała się Nathalie Björn, a na listę strzelczyń wpisała się niezawodna w takich okolicznościach Anna Anvegård. Nic więc dziwnego, że równie zadowolony jak selekcjoner Gerhardsson był w tym momencie Jonas Eidavall, który po chwili miał kolejne powody, aby pękając z dumy oklaskiwać swoje podopieczne. Björn zagrała precyzyjną, długą piłkę w kierunku Jakobsson, skrzydłowa Tacon wygrała pojedynek z Sonnett, a Anvegård … raz jeszcze zrobiła to, co no niej należało i z 3-0 dla mistrzyń świata zrobiło się już tylko 3-2.

Szwedzkie piłkarki próbowały jeszcze poszukać wyrównującego gola, ale koniec końców to Amerykanki były zdecydowanie bliżej zmiany wyniku, gdy Katja Koroleva dopatrzyła się faulu Jakobsson na szarżującej Casey Short. Przewinienie było dość dyskusyjne (piłkarka Chicago Red Stars zaczęła tracić balans zanim w ogóle doszło do jakiegokolwiek kontaktu z przeciwniczką), ale szczęśliwie decyzja ta nie miała wpływu na wynik, gdyż z dwunastu jardów pomyliła się Carli Lloyd, posyłając futbolówkę zbyt wysoko. Mecz, który miał różne oblicza, ostatecznie zakończył się więc jednobramkową porażką szwedzkiej kadry, co ujmy w najmniejszym stopniu nam nie przynosi. A jeśli mieliśmy już podsumowywać tak udany rok, to miło, że zrobiliśmy to dwoma golami na terenie mistrzyń globu i liderek światowego rankingu. I to by było na tyle, kolejne zgrupowanie i kolejne wyzwania czekają nas już w nowym roku.

Jared Burzynski

Szwedzka Piłka

Pokaż znajomym:
error

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.