„Zagotowane jak woda na herbatę”. Praskie potwory i II liga kobiet.

 Niedziela, godzina 12. Pada. Żeby nie być wulgarnym: leje jak z cebra. Wszyscy normalni ludzie siedzą w mieszkaniach. Oglądają seriale na Netfliksie. Siorbią rosołek. Ja jeden wyłażę na ten deszcz. Idę na mecz. Na mecz II ligi kobiet.

Deszcz napieprza o parapet od rana. Monitoruję sytuację od 7 rano. O 10 byliśmy umówieni na mecz ligi szóstek. O 8 dostaje wiadomość, że druga drużyna się wysypała. Chłopaki z mojego zespołu też mieli pełne gacie, choć nikt nie chciał się przyznać. Zapowiadała się upojna niedziela. Zamiast piłki miał być maraton filmów z serii „Gliniarz z Beverly Hills”.

Złe emocje

Pewnie fanów serii zaboli. Eddie Murphy kompletnie mnie nie porwał. Zastanawiałem się, co takiego niezwykłego widzą ludzie w tej kultowej produkcji, gdy mój proces myśleniowy przerwał dźwięk Messengera. Koleżanka chwaliła się debiutem w drużynie AKS Zły. Emocje były wielkie. Na Don Pedro Arenie działy się cuda nie widy, a takiego spektaklu nie wyreżyserowałby ani Wiliam Szekspir, ani żaden Jose Mourinho, czy inny geniusz taktyki.

Drużyna AKS Zły podejmowała u siebie Żbik Nasielsk. Pewnie nigdy bym nie usłyszał o tym meczu, gdy nie Marysia, która namawiała mnie, żeby przyjść, zobaczyć. Początkowo nie było jej nawet w kadrze na ten mecz. Koniec końców zadebiutowała. A samo spotkanie? Jeśli chodzi o emocje to klasa światowa. „Złe Dziewczyny” wygrały 3:2. Dopiero w doliczonym czasie gry Anna Kaźmierczak zdobyła bramkę na 3:2. Gol zapewnił drużynie AKS-u pierwsze zwycięstwo na trzecioligowych boiskach. Na ławce rezerwowych wybuchł płacz. Łzy radości lały się rzewnie. To jest w sporcie fantastyczne, że wywołuje tak silne emocje. Nie zależnie czy jest to Liga Mistrzów, czy trzecia liga kobiet.

Ale mnie na tym meczu nie było. I wszystko powyżej znam z różnych relacji. Miałem iść na mistrzostwa Europy w AMP Futbolu, ale… zasnąłem. Wiecie, jak to jest. Ucinasz sobie drzemkę o 15. Budzisz się o 20. Pomyślałem sobie:

– Spoko, przecież odbije sobie sportowe emocje jutro na gierce.

I to wszystko jak grochem o ścianę.

Z letargu wyrwała mnie wspomniana koleżanka. Ze szczegółami opisywała mecz. Zadebiutowała. Była przeszczęśliwa. Cała w skowronkach, jak to się mówi.

– A dzisiaj nic nie gra? – pytam.
– O 12 mój były klub, AZS UW, gra ze SMS-em Łódź.
– Echem.
– No a o 12:30 masz mecz Pragi Warszawa z Medykiem II.

 

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

 Krople deszczu regularnie napieprzające o parapet dawały znak. Mówiły: „to zły pomysł”. Właściwe darły ryja. Gdyby obok była mama to nie powiedziałby „włóż czapkę” tylko „siedź w domu!”. I miałaby cholerną rację.

Podszedłem do okna. Ewidentnie lało. Akurat mam pod oknem mam mnóstwo drzew i wyglądało na to, że powoli przestaje. Ubrałem się ciepło. Założyłem kurtkę. Kaszkietówkę. Wiedziałem, że nie do końca wiem, gdzie jadę, więc naładowałem telefon prawie do pełna. I wychodzę. I gówno, a nie przestało padać. Krople, które uderzały o moje okno, były tylko namiastką tego, co zastałem na dworze. U mnie drzewa wytłumiały deszcz…

No nic, idę. Po 30 minutach docieram na aleję Zieleniecką, skąd idę do Parku Skaryszewskiego. To tam ma odbyć się mecz Pragi Warszawa z rezerwami Medyka Konin. Idę przez Skaryszak – bo tak potocznie mówi się na park imienia Ignacego Jana Paderewskiego – nigdzie nie widzę boiska. Jechałem kiedyś pociągiem Szczecin – Hrubieszów przez Jelenią Górę. Wsiadałem w Krakowie. Na moim miejscu siedział jakiś dystyngowany jegomość. Wygadał trochę jak Janusz Gajos, trochę jak inspektor Gadżet. Sprawdzam na bilecie. No kurwa, siedzi na moim miejscu.

– Przepraszam czy to aby na pewno pańskie miejsce?
– Tak – odpowiedział po angielsku i pokazał bilet.
– Proszę pana, to jest bilet do Berlina, a ten pociąg jedzie do Hrubieszowa.

I teraz sobie wyobraźcie, że ja w Parku Skaryszewskim byłem bardziej zagubiony od tego pana. Błądzę alejkami. Coś, co przypominało ławkę rezerwowych, było klombem kwiatów. Nawigacja wodzi mnie raz na zachód raz na wschód. Chodzę przez skwery. Buty ujebane. Leje nadal. Parafrazując Piotra Ćwieląga: to nie jest dobra pogoda do gry w piłkę.

Nie mniej udało się. Docieram na stadion Drukarza Warszawa (Google twierdził, że będzie zamknięte). Kolejna przeszkoda. Przed wejściem na obiekt była wielka kałuża błotnistej wody. Chciałem przeskoczyć, ale żaden ze mnie Carl Lewis ani Monika Pyrek. Wpieprzyłem się w bajoro po kostki. Buty przemoczone.

To nie koniec. Bo wchodzę na obiekt i coś się kurła nie zgadza. Na boisku są dziewczyny w zielonych strojach. A ani Praga, ani Medyk nie ma takich koszulek. Idę na trybuny.

– Przepraszam, jaki wynik?
– 2:1 dla SMS-u.
Zamiast na mecz Pragi z Medykiem trafiłem na starcie AZS-u UW ze SMS-em III Łódź. Przewodnikiem to ja nie będę. I dobrze, że nie jestem.

Starcie Tytanek

 Przez 15 minut oglądałem ów mecz. Nie była to Liga Mistrzów. Nie było to nawet znane i lubiane starcie Górnika Łęczna z Podbeskidziem Bielsko-Biała. To było 15 minut antyfutbolu. Przez ten czas piłkarkom obu ekip nie wyszło nawet jedno zagranie. Był farfoclowate próby strzałów z dystansu. Były elektryczne przyjęcia piłki. Były nieudolne sprinty za piłką uciekająca po intensywnie zroszonej murawie.

Mam nadzieję, że to wszystko to wynik zajebiście słabej pogody. Choć moja koleżanka (dziś piłkarka AKS, wcześniej AZS UW) skwitowała spotkanie słowami „Witaj na niższych ligach kobiecych”. Tym bardziej doceniam garstkę rodziców, którzy skrywali się pod parasolami, ale mimo to wspierali swoje córki.

Ja nie wytrzymałem. Gdy sędzia dała znak, że pierwsza połowa tego antyfutbolu się zakończyła, wziąłem dupę w troki i dowidzenia. Nie dlatego, że spotkanie się mi nie podobało. Wręcz przeciwnie. Było bardzo klimatyczne. Na swój sposób miało niepowtarzalny urok. Po prostu postanowiłem sobie, że obejrzę inny mecz. A że Park Skaryszewski od Kawęczyńskiej 44, gdzie swoje mecze rozgrywa Praga, dzieli 10 minut tramwajem, to aż głupio byłoby się oszukać i nie spróbować dotrzeć na drugą połowę tamtego spotkania.

A to nie było takie byle co. Praga jawiła się mi jako mocny zespół, choć w tabeli pierwszej ligi, w grupie północnej zajmuje 6 miejsce. Medyk to wiadomo. Kawał historii polskiej piłki kobiecej. Klub, z którego na świat wypływały Ewa Pajor czy Paulina Dudek. Sądziłem, że ich rezerwy będą w lidze łapać i rzucać rywalkami. Spojrzenie na ligową tabelę i ten światopogląd został zaburzony. Dziś piłkarki z Wielkopolski są o dwie lokaty niżej od Pragi. Tak więc mecz, który miał być starciem pierwszoligowych tytanów, był jedynie walką o środek tabeli.

Zagotowane

 Niedziela więc i rozkład jazdy tramwajów świąteczny. Następny przyjedzie za 10 minut, a przypominam, że leje i nie przestaje. Po daszku czapki spływają mi już nie krople a strużki wody. Nic nie wskazuje na to, że nagle przestanie padać.

 Siedzieć na przystanku i czekać? Czy iść przez warszawską Pragę? Przez tę samą Pragę, która w Krakowie nazywałyby się Nowa Huta, a w Łodzi Bałuty. Przez tę Pragę, w której łatwej stracić portfel niż znaleźć Żabkę? Przez tę samą Pragę, która ma współczynnik przestępstw podobny do meksykańskiego Ciudad Juárez. Proste, że poszedłem piechotą. Co ciekawe nie spotkało mnie nic złego. Najwidoczniej lokalna patologia pochwała się w bramach i melinach z powodu deszczu. Dopiero przy bramie stadionu swoje ślepie wlepiły we mnie tutejsze kobiety. Część przypominała Dominika z „Sali Samobójców”. Część Avril Lavigne po melanżu z Lindsay Lohan.

Przestało padać.

Dotarłem na Kawęczyńską chwilę przed gwizdkiem rozpoczynającym drugą połowę. Większość kibiców siedziała sobie na balkonie budynku klubowego, ale, jako że nie padało, poszedłem na trybuny. No dobra nie wiedziałem też, jak się tam wchodzi. Wśród kolorowych krzesełek byłem tylko ja i pani (chyba jakaś trenerka z PZPN-u, przynajmniej o tym świadczył jej notes z logiem związku), która coś skrzętnie notowała, a przerwie między pociągnięciami długopisu ustalała szczegóły przejazdu blablacarem.

Starcie MUKS-u Praga Warszawa z rezerwami Medyka Konin było naprawdę dobrym meczem. Działo się z jednej i drugiej strony. Na szczególne wyróżnienie zasługują panie noszące trykot z numerem 13. Wiktoria Malinowska (Praga) i Kamila Wielińska (Medyk) były mózgami swoich zespołów. To one kreowały akcje i to z ich strony wynikało największe zagrożenie. Warto dalej obserwować Malinowską, bo to zaledwie 16-letnia dziewczyna. Ma papiery na dużo większe granie.W jednej akcji przedryblowała trzy rywalki przy linii. Czwartej założyła upokarzające sito i wbiegła w pole karne Wielkopolanek. Chwile potem Natalia Olszowska zdobyła bramkę na 1:1.

Z kronikarskiego obowiązku: 3. kolejka I ligi kobiet. MUKS Praga Warszawa – Medyk II Konin 1:1.

Przepraszam, czy tu biją?

 Do domu wracałem zmęczony bieganiem po Skaryszaku i mokry od cholernego deszczu, ale szczęśliwy, bo wszystko jest lepsze od gapienia się w monitor. Siedziałem sobie grzecznie w tramwaju, przeglądając mniej i bardziej wyuzdane zdjęcia na Instagramie i wtem słyszę:

– Ty kurwa Ukraińcu wypierdalaj z Polski!

Podnoszę głowę i widzę eleganckiego menela przypominającego rewolwerowca. Nawet miał kapelusz.

– Co się kurwa gapisz!?

Po pierwsze przemoc to ostateczność. Po drugie to Praga, więc pewnie miał kosę. Po trzecie miał trzech kumpli, którzy właśnie nalewali wino do plastikowych kubków.

– On chyba nie rozumie – rzucił do kolegów. – Pewnie jakiś Kazachstaniec. Wypierdalaj z Polski.

Wstaje. Idzie do mnie krokiem, jakby właśnie zszedł z konia. Podwija rękawy. No będzie mnie bił.

Teraz to ja wstaje.

– Dziadek siadaj na dupie i mordę zamknij.

Usiadł. Nadmienię tylko, że mam prawie dwa metry wzrostu. Na odchodne rzucił tylko:

– Myślałem, że jesteś Ukraińcem…

Tak więc na meczach kobiet nie biją. Można zobaczyć dobry mecz w pierwszej kobiecej. A praskie legendy mają ziarenko prawdy.

Krystian Juźwiak

Pokaż znajomym:
error

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.