Szwedki grają do końca

Tworzymy historię – taki właśnie napis widniał na jednej ze szwedzkich flag na Roazhon Park w Rennes. I piłkarki Petera Gerhardssona rzeczywiście zagrały tak, jakby w każdej minucie dzisiejszego spotkania były w pełni świadome tego, jak wiele jest do wygrania. Nie przeszkodził lejący się z nieba skwar, nie przeszkodziły bolesne wspomnienia poprzednich potyczek z Niemkami, nie przeszkodził stosunkowo szybko stracony gol, nie przeszkodził nawet powrót na boisko Dzsenifer Marozsan – reprezentantki Szwecji były dziś skupione przede wszystkim na sobie i na szansie, którą same sobie mogły stworzyć. I którą – uprzedźmy fakty – w mistrzowski sposób sobie ostatecznie stworzyły! Dobrze zaczęło dziać się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, gdy Caroline Seger wygrała przedmeczowe losowanie, dzięki czemu to zespół Martiny Voss-Tecklenburg do przerwy musiał grać pod słońce. Czy ten fakt miał znaczący wpływ na końcowy rezultat? Nie ma oczywiście większego sensu go przeceniać, ale jak mawiał były już selekcjoner kadry Włoch Antonio Cabrini, na tym etapie liczy się absolutnie każdy detal. O te zdecydowanie najważniejsze zadbały już jednak same piłkarki, skutecznie i metodycznie realizując plan nakreślony przez Gerhardssona i Wikmana. A przecież nie brakowało momentów, w których można było zacząć wątpić w powodzenie misji półfinał.

Pierwszy z nich pojawił się po upływie kwadransa, kiedy to w zupełnie niegroźnej sytuacji niedokładne podanie przytrafiło się Magdalenie Eriksson. Nieszczęściu próbowała jeszcze w ostatniej chwili zapobiec Fischer, ale zagranie Däbritz dotarło ostatecznie do celu, a Lina Magull złapała Lindahl na wykroku, otwierając wynik spotkania. Fakt ten nie załamał jednak szwedzkich kadrowiczek, które stosunkowo szybko odpowiedziały na straconego gola w najlepszy możliwy sposób. Sembrant zagrała długą piłkę w kierunku schodzącej z prawego skrzydła Jakobsson, Hegering źle obliczyła trajektorię lotu futbolówki, a rozgrywająca swój 105. mecz w narodowych barwach zawodniczka samotnie popędziła na bramkę rywalek i wykończyła rajd w niemal identyczny sposób, jak chociażby w Viborgu. 1-1 po akcji dwójki z Montpellier i znów wróciliśmy w zasadzie do punktu wyjścia. Wynik remisowy utrzymał się ostatecznie do przerwy, choć obie ekipy miały ewidentnie chrapkę, aby jeszcze w pierwszej połowie dopisać do swego dorobku przynajmniej jednego gola. Na chęciach się jednak skończyło, ale trzeba przyznać, że szwedzkie stałe fragmenty potrafiły stworzyć w szesnastce Almuth Schult niemały popłoch.

Od początku drugiej połowy na placu gry pojawiła się wspomniana Marozsan, ale jeśli niemieccy kibice oczekiwali, że pomocniczka Lyonu na własnych barkach wniesie ich do najlepszej czwórki tego turnieju, to mocno się w swoich szacunkach pomylili. Co więcej, to Szwedki jako pierwsze stworzyły sobie po przerwie dogodną sytuację i zrobiły to na tyle konkretnie, że zdominowane przez kolor żółty sektory na Roazhon Park po raz drugi tego popołudnia miały okazję do celebracji. Całe zamieszanie rozpoczęło się od rozgrywającej jeszcze jeden bardzo dobry mecz Asllani, która przytomnie rozciągnęła grę na prawą flankę do niezwykle aktywnej Jakobsson. Skrzydłowa Montpellier stosunkowo prostym, lecz skutecznym zwodem poradziła sobie z Gwinn i dośrodkowała w kierunku Rolfö, a przenosząca się niebawem do Wolfsburga pomocniczka Bayernu bez namysłu uderzyła na bramkę Schult. Tym razem, w przeciwieństwie do wiosennego meczu ligowego, reprezentantce Szwecji nie udało się pokonać niemieckiej golkiperki, ale brak asekuracji w defensywie rywalek sprawił, że stojąca na piątym metrze Stina Blackstenius nie miała najmniejszych problemów z dobitką. Choć do końca meczu pozostawało jeszcze mnóstwo czasu, w tym właśnie momencie po raz pierwszy pojawiła się myśl, że trwającą od blisko ćwierć wieku serię porażek z Niemkami właśnie dziś uda się przełamać.

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemki będą bardzo niebezpieczne do samego końca, choć to właśnie im (ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych kadrowiczek Martiny Voss-Tecklenburg) nieco bardziej dawały się we znaki piekielne, bretońskie upały. Dośrodkowania Marozsan, gra w powietrzu Popp, czy niekonwencjonalność i wszechstronność Däbritz nie wymagają jednak specjalnej reklamy, wobec czego doskonale wiedzieliśmy, że potencjalne zagrożenie może przyjść w każdej chwili. Uspokoić mecz mógł jedynie gol na 3-1, ale pomimo wzorcowo wyprowadzonych kontr, ani Rolfö, ani Blackstenius nie były w stanie postawić pieczęci na ćwierćfinałowym zwycięstwie. A Niemki, pomimo coraz wyraźniejszego ubytku sił, nie ustawały w atakach i naprawdę niewiele brakowało, aby ich trud został ostatecznie wynagrodzony. Od niezwykle groźnej sytuacji uratowało nas jednak … kilka centymetrów, które przesądziło o tym, że Alexandra Popp była na spalonym. Gdyby nie one, to doskonale nam znany hiszpański sędzia siedzący w pokoju VAR, już zacząłby szykować się do analizy kontaktu w polu karnym. O żadnym przewinieniu ze strony Lindahl rzecz jasna nie mogło być mowy, ale jedenastka podyktowana pięć dni temu po sugestii pana Sancheza Martineza była przecież równie kontrowersyjna. Tym razem skończyło się jednak na chwili strachu, podobnie zresztą jak w 88. minucie, kiedy to bliska zostania bohaterką Niemiec była rezerwowa Oberdorf. A chwilę później … była już tylko czysta euforia. Bo na tym turnieju reprezentacja Szwecji grać będzie do samego końca!

Jared Burzynski

Szwedzka Pilka

Pokaż znajomym:
error

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.