Dwadzieścia lat z mundialami

Był czerwiec 1999 roku. Nie znałem wtedy na pamięć kadr zespołów uczestniczących w finałach mistrzostw świata, nie miałem pojęcia, która piłkarka cechuje się ponadprzeciętną szybkością, a która jest najlepsza technicznie. Właśnie wtedy miała jednak miejsce moja mundialowa inicjacja i z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że gdyby nie tamten, rozgrywany na boiskach USA turniej, moja miłość do kobiecego futbolu nie rozwinęłaby się aż tak gwałtownie. Będące prawdziwą rewelacją imprezy sprzed dwudziestu lat Nigeryjki, z fenomenalną Mercy Akide na czele, nie pozostawiły mi jednak wyboru. Do dziś doskonale pamiętam kończący grupowe zmagania mecz Afrykanek z Danią, a także przenikliwy smutek, gdy kapitalną pogoń w ćwierćfinale przeciwko Brazylii w jednej chwili przerwała Sissi, wykonując TEN rzut wolny. Później był jeszcze finał, filigranowa Kristine Lilly wybijająca piłkę z linii bramkowej i seria rzutów karnych, z której najbardziej zapamiętałem nie ikoniczną już radość Brandi Chastain, a złość na Brianę Scurry oraz Nicole Petignat. Amerykańskiej bramkarce nie mogłem wybaczyć, że za nic miała sobie zasady gry w piłkę i postawę fair play, natomiast szwajcarskiej sędzi – że na takie zachowanie ostentacyjnie pozwalała. Wypełniony do ostatniego miejsca Rose Bowl w Pasadenie eksplodował ze szczęścia, ale mi jakoś w ogóle nie było wówczas do śmiechu. To ostatnie stało się zresztą moją prywatną, mundialową tradycją, z jednym miłym wyjątkiem, jakim okazał się turniej w Niemczech.

Rok 2003 to turniej przeniesiony z Azji do Ameryki w trybie last minute. Reprezentacji Szwecji kibicować mogłem aż do finału, w którym to przez nieco ponad kwadrans podopieczne Mariki Domanski mogły czuć się wirtualnymi mistrzyniami świata. Później przyszło jednak błyskawiczne wyrównanie tuż po przerwie (jak ja nie lubię takich goli prosto z szatni!) i rozstrzygnięta złotym golem dogrywka. Z pucharu cieszyły się Niemki, a srebrnym medalistkom na osłodę pozostało iście królewskie powitanie po powrocie do kraju. Inne obrazki, które automatycznie kojarzą mi się z turniejem roku 2003, to na pewno trzy asysty kończącej niezwykle bogatą, reprezentacyjną karierę Mii Hamm w starciu ze Szwecją i techniczne Japonki, które swoim stylem gry rozkochały mnie w sobie tak skutecznie, że uczucie nie osłabło po dziś dzień. Pamiętacie akcję zakończoną golem Homare Sawy w meczu z Argentynkami? To była dopiero przepyszna delicja, prawda? Aha, australijska kapitanka Cheryl Salisbury po tamtym mundialu stała się oficjalnie moją ulubioną piłkarką. Kto widział, ten pewnie wie dlaczego.

Chiny 2007, choć właściwie powinienem napisać Marta 2007. 21-letnia Brazylijka, na co dzień kopiąca futbolówkę w Umeå, w kilka tygodni wzięła szturmem cały piłkarski świat. Nowozelandkom odebrała resztki nadziei w pierwszym meczu grupowym, chińską defensywę ośmieszyła jak nikt nigdy wcześniej (i później), z Amerykankami zatańczyła sambę, którą przez kolejną dekadę podziwiali na każdej długości i szerokości geograficznej i dopiero w wielkim finale jej triumfalny taniec zatrzymała Nadine Angerer, na tamtym turnieju zatrzymująca zresztą … wszystkie lecące w jej bramkę strzały. Nie ma jednak wątpliwości, że był to zdecydowanie najbardziej spektakularny występ pojedynczej zawodniczki w całej historii MŚ i moment, w którym narodziła się nieśmiertelna legenda Marty. A Szwedki? Niestety, wskutek niemożności przebicia nigeryjskiego muru zakończyły swoje zmagania już na fazie grupowej. Choć na pocieszenie i jednocześnie pożegnanie z mundialem, Lotta Schelin z Göteborga dwukrotnie ukłuła jeszcze Koreanki. Inne mecze, które nierozerwalnie przypominają mi o tamtym turnieju to remisowa wymiana ciosów pomiędzy Japonią i Anglią (ach, ta Miyama!) i pełna zwrotów akcji batalia chińsko-duńska, która ostatecznie przesądziła o awansie jednej z tych ekip do fazy pucharowej. Ja mocno ściskałem kciuki za sąsiadki zza Kattegatu, więc pewnie domyślacie się, kto wyszedł z niej zwycięsko.

Sommermärchen 2011 dla nas zaczęła się wcześniej niż dla innych, a dyskusja o braku powołań dla Asllani oraz Liljegärd skutecznie skróciła nam czas oczekiwania na mecz otwarcia Niemek z Kanadyjkami, w którym Christine Sinclair zagrała ze złamanym nosem. Dwa pierwsze mecze w wykonaniu szwedzkiej kadry, pomimo korzystnych w sumie wyników, raczej nie napawały optymizmem, ale drużyna Thomasa Dennerby’ego na niemieckiej ziemi rozkręcała się dosłownie z dnia na dzień. Końcowy efekt był taki, że przywieziony do kadry z szatni Lyonu przez Lottę Schelin słynny, zwycięski taniec podziwialiśmy aż do przedostatniego dnia mistrzostw, a później nasze bohaterki, z brązowymi medalami na szyjach, wykonały go raz jeszcze podczas powitania na Götaplatsen. Z nie mniejszym podziwem niż kapitalny strzał Marie Hammarström w okienko francuskiej bramki, podziwiałem jednak ekipę Nadeshiko, która przyjechała na turniej w zaledwie kilka miesięcy po ogromnej tragedii, jaką niewątpliwie było trzęsienie ziemi u wybrzeży Japonii. Kadra Norio Sasakiego przybyła do Europy w jednym celu: aby przywrócić rodakom uśmiech i – wbrew wszelkim przewidywaniom ekspertów – sięgnęła po mistrzowski laur, odprawiając po drodze gigantki z Niemiec i USA. Jak już wspomniałem, był to jedyny jak dotąd turniej, po którym cieszyłem się z rozstrzygnięcia meczu finałowego, a w swojej radości nie byłem bynajmniej odosobniony, gdyż podobnie swoje sympatie ulokowała na przykład zazwyczaj powściągliwa w reakcjach kanclerka Niemiec Angela Merkel.

Turniej w Kanadzie w pamięci mamy jeszcze całkiem świeżo, więc ograniczę się tylko do kilku wspomnień. Pierwszym była gęstniejąca powoli atmosfera wokół szwedzkiej kadry, która sprawiała, że na mundial za Atlantyk wyruszaliśmy bez przesadnie wygórowanych nadziei. Tym bardziej, że sytuację mocno skomplikowała nam FIFA, w ostatniej chwili zmieniając koszyki podczas losowania finałów MŚ. Brak optymizmu okazał się w jakimś stopniu uzasadniony, gdyż szwedzka kadra po raz pierwszy w historii pożegnała się z turniejem bez choćby jednego zwycięstwa. Co więcej, remis z Nigerią uratowały nam bramkarka i dwie stoperki i w zasadzie tylko w rywalizacji z USA trzy punkty były na wyciągnięcie ręki, ale na stadionie w Winnipeg działała goal-line technology, w efekcie czego skończyło się na bezbramkowym remisie. Nawet trochę szkoda, bo pokonać kroczące po trzecie złoto Amerykanki, to byłoby coś! Pozostałe obrazki, które tworzą w mojej głowie pejzaż kanadyjskiego mundialu, to czysta, dziecięca (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) radość Kolumbijek po zwycięstwie nad Francją, bolesna strata piłki przez Lauren Sesselmann w ćwierćfinale z Anglią i nieco zapomniany przez wszystkich Kamerun, który zarówno na boisku, jak i na trybunach jako żywo przypominał mi Nigerię 1999.

Francja 2019 – jeszcze nie wiemy, co przyniesie nam ten turniej. Dla wielu z nas będzie on kolejnym przeżywanym świadomie mundialem, ale myślę, że są wśród nas i tacy, którzy po raz pierwszy przeżywać będą najpiękniejsze futbolowe święto czterolecia. To właśnie do nich chciałbym na zakończenie skierować kilka słów. Po pierwsze, dzięki że wytrwaliście i doczytaliście ten tekst do tego miejsca. Po drugie, podczas najbliższych tygodni postarajcie się chłonąć każdą chwilę tak bardzo, jak tylko się da i cieszyć się każdą minutą turnieju. Dlaczego? Cóż, w tej chwili nie zdajecie sobie jeszcze z tego sprawy (i słusznie!), ale uwierzcie mi, że za kilkadziesiąt lat to właśnie czerwiec i lipiec 2019 będziecie wspominać jako najpiękniejszy mundial wszech czasów. Mając nadzieję, że finały we Francji przyniosą mnóstwo satysfakcji zarówno tym najmłodszym, jak i tym nieco bardziej doświadczonym życiowo sympatykom futbolu, życzę każdemu z was wielu pozytywnych, piłkarskich emocji. Mistrzem świata może zostać tylko jedna reprezentacja, ale nie zapominajmy, że bez względu na boiskowe rozstrzygnięcia, nas wszystkich łączy wspólna miłość i pasja. Francjo, Koreo, rozpoczynajcie ten turniej i niech się dzieje!

 

Jared Burzynski

Szwedzka Piłka

 

Pokaż znajomym:
error

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.