Mecz we Lwowie miał być zupełnie inny od czwartkowej potyczki z Chorwacją. Tyle wiedzieliśmy już przed pierwszym gwizdkiem Słowaczki Petry Pavlikovej. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że będzie on aż tak diametralnie inny.

Ze względu na popołudniową ulewę, spotkanie na niezwykle efektownej Arenie Lwów rozpoczęło się z trzydziestominutowym opóźnieniem, które ewidentnie nie podziałało na korzyść drużyny Petera Gerhardssona. Grająca w niemal identycznym składzie jak w zwycięskim meczu przeciwko Chorwacji (jedyną zmianą było zastąpienie chorej Hanny Glas Anną Oskarsson) reprezentacja Szwecji w ogóle nie potrafiła znaleźć swojego rytmu, a wolne i schematyczne próby zawiązania ataków pozycyjnych były najczęściej błyskawicznie rozbijane przez bojowo usposobione Ukrainki. Podrażnione wysoką porażką z Danią podopieczne Wołodymira Rewy nie zamierzały jednak ograniczać się wyłącznie do obrony własnego przedpola i już w pierwszym kwadransie wysłały w kierunku Szwedek bardzo poważne ostrzeżenie. Na szczęście dla nas, z bardzo nieprzyjemnym strzałem Olgi Owdijczuk poradziła sobie Hedvig Lindahl, ale ta sytuacja była zapowiedzią tego, że o wywiezienie jakichkolwiek punktów ze Lwowa wcale nie będzie łatwo.

Statystyka posiadania piłki była wprawdzie korzystna dla zespołu Petera Gerhardssona, ale tym razem wynikało z tego naprawdę niewiele. Ze zdwojoną mocą wróciły demony z przeszłości, kiedy to szwedzką ofensywę cechowały przede wszystkim bezradność i frustracja. Dziś było dokładnie tak samo, a jedyny celny strzał oddany przed przerwą na bramkę Kateryny Samson, który był efektem współpracy dwóch piłkarek Linköping, nie sprawił filigranowej golkiperce większych problemów. Podobnie zresztą jak rajd Fridoliny Rolfö, czy też bite przez Asllani oraz Andersson rzuty rożne. Zdecydowanie groźniejsze i bardziej konkretne były natomiast w swoich poczynaniach Ukrainki i taka postawa została nagrodzona w najlepszy możliwy sposób. Tuż przed końcem pierwszej połowy gospodynie zawiązały naprawdę składną akcję, trzema podaniami rozklepały szwedzką defensywę, a legenda miejscowego futbolu, Daryna Apanasczenko, strzałem po ziemi w długi róg pokonała bezradną Lindahl. Piłkarka, która była na Ukrainie absolutną bohaterką zwycięskich eliminacji EURO 2009, dokładnie dekadę później ponownie dała swoim kibicom chwilę radości.

W przerwie mieliśmy jeszcze nadzieję, że chwila ta nie będzie przesadnie długa, gdyż w ostatnich miesiącach szwedzkie piłkarki w drugich połowach prezentowały się zdecydowanie lepiej niż w pierwszych. Jeśli jednak ktoś liczył na to, że po wznowieniu gry obejrzymy nieustanny szturm na bramkę Samson, to srodze się rozczarował. Znów zgadzało się posiadanie piłki, ale oprócz tego we właściwy sposób nie funkcjonowało zupełnie nic. Wprawdzie kilka razy w szesnastce gospodyń zrobiło się gorąco, ale w zasadzie żadna z tych sytuacji nie była bezpośrednim efektem przemyślanej i dobrze skonstruowanej akcji. Szwedkom brakowało dokładności, tempa i cierpliwości, a nawet gdy już któraś z naszych zawodniczek mogła oddać sytuacyjny strzał, to jego jakość pozostawiała wiele do życzenia. Podobnie jak przed przerwą, to Ukrainki były zespołem, którego gra mogła bardziej się podobać, a każde udane zagranie napędzało je do jeszcze lepszej i odważniejszej gry. Wiara w coraz bardziej widoczny na horyzoncie sukces narastała z każdą minutą nie tylko w miejscowych piłkarkach, ale i w coraz bardziej żywiołowo reagujących na boiskowe wydarzenia kibicach, a gdy w 80. minucie Owdijczuk raz jeszcze znalazła się w sytuacji sam na sam z Lindahl, Arena Lwów szykowała się na drugą tego dnia celebrację. Kapitalna interwencja golkiperki Chelsea sprawiła jednak, że gola na 2-0 Ukraińcy się nie doczekali, podobnie zresztą jak kilkadziesiąt sekund później, gdy Lindahl w efektowny sposób (i z niewielką pomocą Fischer) zatrzymała strzał Andruchiw. Sama bramkarka, choć zdecydowanie najlepsza w szwedzkim zespole, meczu nam jednak wygrać nie zdołała, a gdy w jednej z ostatnich akcji Samson doskonale skróciła kąt i poradziła sobie z uderzeniem Asllani, stało się jasne, że punkty pozostaną na Ukrainie. I trudno nawet na taki obrót spraw specjalnie narzekać, wszak zwyciężyła dziś drużyna po prostu lepsza.

Pierwsza porażka kadry za kadencji Petera Gerhardssona nie zamyka nam oczywiście drogi do Francji, ale sprawia, że wyraźnie się ona wydłużyła. Faworytkami grupy znów stają się bowiem znajdujące się ewidentnie w uderzeniu Dunki, co może być o tyle dobrą informacją, że Szwedkom ostatnimi czasy łatwiej występuje się w roli underdoga. Zanim jednak udamy się we wrześniu do Viborga, czeka nas jeszcze sierpniowy rewanż z Ukrainą, który – bez względu na wszystko – trzeba będzie wygrać.

 

Jared Burzynski

Szwedzka Piłka

Pokaż znajomym:

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.