Okiem Piotra Walkowiaka: Nie bez powodu nazwałem ją Magic

Uwielbiam w sporcie totalne zwroty akcji, w szczególności w polskim kobiecym futbolu. Przyznam, że aktualny sezon Ekstraligi pełen jest zaskakujących wyników, łapiących dech w piersiach chwil czy akcji wywołujących ciarki na plecach. Do tych niewątpliwie zaliczyć można ćwierćfinał Pucharu Polski z udziałem Marty Cichosz w barwach Czarnych Sosnowiec.

Marta Cichosz wraz z całym zespołem trenerów Grzegorza Majewskiego i Łukasza Wojtali nieźle namieszała i wywróciła do góry nogami cały światek polskiej kobiecej piłki. Światek to wąski i dobrze się znający, a co za tym idzie nie trudno tutaj o mega sensację. Jeśli jutro ogłoszona będzie głośna nowina, to wiedz że już dziś 3/4 naszej społeczności wie o niej przedpremierowo. Jednak wyeliminowania Medyka Konin z dalszej fazy pucharowych rozgrywek tak do końca mało kto się pewnie spodziewał. Mimo, że koninianki w ostatnich tygodniach uległy sporemu osłabieniu i na papierze skład o wiele różni się od ekipy Czarnych czy Górnika Łęczna to jednak nadal drużyna prowadzona przez trenera Romana Jaszczaka jest liczącym się w grze potentatem do medalowych pozycji z wielkim bagażem doświadczeń. Jesień w pełnym mocnym składzie, od kilku lat finał i zdobycie Pucharu Polski – to przyzwyczaiło wielu kibiców. No dobrze. Ponoć teraz pisze się nowa historia, a dodatkowo – może powinienem napisać najważniejsze – wielu ludziom otwierają się oczy na inne kobiece, polskie drużyny.

Pamiętam jak Marta miała problem z przełamaniem się w nowym dla siebie zespole. Bramkostrzelna zawodniczka ze Sztormu, która w Ekstralidze mocno odcisnęła piętno w AZS-ie Wrocław dla mnie obok Anny Szymańskiej, Dagmary Grad, Patricii Hmirovej i Luci Suskovej jest idealnym dopełnieniem składu dziewczyn z Sosnowca. Naprawdę lubię sportowców wyróżniających się na tle innych nie tylko dyspozycją, ale również stylem i charakterem walki. Marta to rasowa napastniczka z krwi i kości. Ostry temperament na boisku, kąśliwe teksty podczas gry i czujność w ataku to tylko kilka z jej pozytywnych cech. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie wówczas gdy pierwszy raz komentowałem mecz z jej udziałem. Cieszy mnie fakt, że coraz więcej ludzi podłapało pseudonim „Magic”, który jej nadałem. Podejrzewam jednak, że kilka osób, które to czyta i dowiaduje się, że ów „nickname” wyszedł ode mnie przestanie, tak o niej mówić i pisać, ale to nie mój problem. Skąd Magic? Dlatego, kiedy wykonywała świetne kontry wraz z Dominiką Grabowską we wspomnianym AZS-ie Wrocław, kiedy przełamywała się w Czarnych i w końcu eksplodowała w meczu z AZS’em PWSZ Wałbrzych kończąc serię remisów, czy kiedy jednak nie otrzymała dowołania na aktualne zgrupowanie reprezentacji Polski, a strzeliła bramkę praktycznie w najważniejszym dla niej meczu. Udowodniła wiele tym co ją skreślili, a przede wszystkim sobie. Powodów i argumentów jest sporo, a to jeszcze nie koniec sezonu.

Czytałem opisy, wypowiedzi danych spotkań tegorocznej 1/4 finału Pucharu Polski. Gdzieś ktoś skrobie, że na bocznym, sztucznym boisku w Wałbrzychu nie ma trybun, trochę dalej ktoś pisze, że wynik w Sosnowcu ustanowiły warunki atmosferyczne i płyta sztucznego boiska. Naprawdę zbiera się na odruch wymiotny. Jakże często mecze w polskim kobiecym futbolu toczą się w takich, a nie innych warunkach, szczególnie o tej porze roku. Niestety, ale wygląda na to, że czasami czyjś światopogląd i ład po prostu się burzy. W Wałbrzychu nie raz byłem świadkiem jak wierni kibice zgromadzili się wokół płyty sztucznego boiska, a co do nierównych warunków atmosferycznych, to praktycznie każda drużyna choć raz grała w mroźniejszych klimatach, czy ta z góry, czy z dołu tabeli Ekstraligi. Podobnie sytuacja wygląda w skokach narciarskich, biathlonie czy chociażby w biegach narciarskich. I tutaj prosty przykład. Podczas Mistrzostw Świata w Sapporo w 2007 roku w ramach biegu indywidualnego mężczyzn na 15 kilometrów techniką dowolną panowały bardzo ciężkie i nierówne warunki atmosferyczne, szczególnie gdy rywalizację zaczęli bardziej doświadczeni biegacze (start interwałowy). Wówczas niezwykle ciężko było dobrać odpowiednie smary do nart, kiedy pogoda spłatała niezłego figla. Zawodnikowi z numerem 3. Leanid’owi Karneyen’ce warunki sprzyjały i siłą rzeczy sensacyjnie sięgnął po srebrny medal. Z kolei złoty medalista – na co dzień biathlonista – Lars Berger jeszcze załapał się na niezłą otoczkę, w której zdołał sobie poradzić. Inaczej sprawa miała się z tymi z najwyższej półki. Obronnie wyszedł doświadczony lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, czyli Tobias Angerer, który w fatalnych anomaliach pogodowych wywalczył brązowy krążek.

Wcześniej pisałem, że Marta wraz z Czarnymi Sosnowiec nieźle namieszała. Dodajmy do tego wybroniony rzut karny przez Annę Szymańską i mamy cream of the crop spotkań drużyny z Zagłębia Dąbrowskiego. Tylko co z tymi kilkoma osobami w Polsce, które tak na siłę starają się wmówić innym, że w naszym kraju w piłkę nożną kobiet gra tylko Medyk Konin i Górnik Łęczna, a pozostałe zespoły tak jakby nie istniały? Podejrzewam, że noc była nieprzespana, noc, która w pełni należała do team’u KKS Czarni Sosnowiec.

Przypominam, że w samej Ekstralidze grają także: KKS Czarni Sosnowiec, AZS PWSZ Wałbrzych, UKS SMS Łódź, AZS UJ Kraków, TS Mitech Żywiec, AZS PSW Biała Podlaska, MKS Olimpia Szczecin, LUKS Sportowa Czwórka Wosztyl.eu Radom, KS Unifreeze Górzno oraz AZS Wrocław.
Toż to szok!

Piotr Walkowiak

Pokaż znajomym:
error

One Reply to “Okiem Piotra Walkowiaka: Nie bez powodu nazwałem ją Magic”

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.