Zanim przejdziemy do części zasadniczej naszego corocznego podsumowania (dla większej przejrzystości postanowiłem wykonać je w identycznej formie jak poprzednio), tradycyjnie przyjrzymy się statystykom. Te przedstawiają się tak, że dwoje selekcjonerów poprowadziło szwedzką kadrę w 17 meczach, z których 7 zakończyło się zwycięstwami, 4 – remisami, natomiast 6 – porażkami. Bramki? 19-10, oczywiście na plus. Zestawianie dorobku Pii Sundhage (5-3-612-10) oraz Petera Gerhardssona (2-1-07-0) rzecz jasna całkowicie mijałoby się z celem i choć wyszłoby ono zdecydowanie na korzyść tego drugiego, to nie byłoby niczym więcej, jak tylko sprytnym zabiegiem socjotechnicznym, a tego zawsze staram się unikać. Ograniczę się więc wyłącznie do życzeń, aby były trener Häcken przy okazji kolejnego podsumowania legitymował się równie dobrym bilansem, co obecnie. Gdyby tak się rzeczywiście stało, to rok 2018 okazałby dla szwedzkiego futbolu najlepszym od czasów kadencji Thomasa Dennerby’ego, co – jak przypuszczam – nie zmartwiłoby chyba nikogo z nas. Czas jednak wrócić do teraźniejszości i rozpocząć naszą grudniową, reprezentacyjną galę:

Najlepszy mecz: Szwecja – Węgry 5-0. Tak, to tylko Węgry. Słyszeliśmy to już setki razy. Ale skoro to tylko Węgry, to dlaczego przez ostatnie trzy lata mecze z klasyfikowanymi znacznie niżej rywalkami nie zawsze wyglądały właśnie tak? Dlaczego – z drobnymi wyjątkami – zazwyczaj skazywani byliśmy na dziewięćdziesiąt minut męczarni, podczas których ciężko było stwierdzić, czy najbardziej męczą się same zawodniczki, sztab szkoleniowy, czy może osoby muszące patrzeć na ów popis bezradności? W meczu przeciwko Węgierkom w końcu zobaczyliśmy, że szwedzkie piłkarki jednak potrafią wyjść na murawę pewne swojej sportowej klasy, a następnie pokazać ją przeciwniczkom. I nie ma co ukrywać, że była to bardzo miła odmiana.

Najgorszy mecz: Szwecja – Meksyk 1-0. Tutaj także wyróżniamy mecz zwycięski, rozegrany ze zdecydowanie słabszym rywalem. Na tym jednak podobieństwa się kończą, gdyż starcie z Meksykiem było uosobieniem wszystkiego, czego w wykonaniu naszych kadrowiczek nigdy więcej nie chcielibyśmy oglądać. Dość powiedzieć, że ze szwedzkiej strony w meczu tym na pozytywną notę zasłużyli jedynie Hedvig Lindal oraz … Bertil Schough, a to mówi chyba wystarczająco wiele o postawie piłkarek w żółto-niebieskich strojach.

Najładniejszy gol: Kosovare Asllani (na 3-0 z Węgrami). Trzeba oczywiście docenić indywidualny rajd Schelin przez australijską defensywę, czy potężne uderzenie Seger z dystansu, ale pomocniczka Linköping jednym wolejem właściwie zamknęła temat.

Kosovare+Asllani+Sweden+v+Russia+UEFA+Women+i8ldqApsx38l

Fot. Dean Moutharopoulos

Piłkarka roku: Kosovare Asllani. Jak zwykle podkreślam, że w tym podsumowaniu brane są pod uwagę jedynie dokonania na niwie reprezentacyjnej, a tu zawodniczka broniąca w ostatnich dwunastu miesiącach barw Manchesteru oraz Linköping wykazała się zdecydowanie najrówniejszą dyspozycją. Wybijała się w ogólnej mizerii Algarve, nie zawiodła podczas EURO (wyłączając drobny, włoski epizod) i wreszcie była jednym z kluczowych elementów układanki Gerhardssona z początkowej fazy eliminacji do mistrzostw świata. Taki zestaw osiągnięć pozwolił jej nie tylko zostać najlepszą snajperką szwedzkiej kadry w obecnym roku kalendarzowym, ale także jej najbardziej wartościową zawodniczką.

Rozczarowanie roku: nieskuteczność. Tym razem wyróżnienie idzie w ręce laureata zbiorowego, ale – bądźmy szczerzy – nie pozostawił nam on wielkiego wyboru. Wyłączając omówiony już bardziej szczegółowo węgierski epizod, szwedzkie piłkarki miały bowiem w kończącym się właśnie roku przepotężne problemy ze zdobywaniem goli. Styczeń czy listopad, dom czy wyjazd, towarzysko czy o punkty – to wszystko nie miało znaczenia, jęk zawodu po kolejnej zmarnowanej okazji strzeleckiej był w ostatnim czasie naszym stałym towarzyszem i chyba już najwyższy czas raz na zawsze zakończyć ten toksyczny związek.

Największa wygrana: Fridolina Rolfö. Po dłuższej przerwie do kadry wróciła Mia Carlsson, coraz ważniejszą rolę zaczyna w niej odgrywać Lina Hurtig, ale to piłkarka monachijskiego Bayernu stoi właśnie przed ogromną szansą zostania jednym z kluczowych ogniw reprezentacji. Najlepsza dziesiątka jesieni 2017 w niemieckiej Bundeslidze nareszcie uporała się z dręczącymi ją od dłuższego czasu problemami natury zdrowotnej i jeśli tylko organizm znów nie zacznie się buntować, w najbliższych miesiącach jej nazwisko powinno jeszcze częściej pojawiać się na najbardziej eksponowanych pozycjach poczytnych czasopism i portali. Pozostaje więc życzyć zdrowia (ostatnio niestety znów przyplątał się drobny uraz), a nie wątpimy, że całą resztę Fridolina ugra sobie sama.

Najbardziej niedoceniana: Magdalena Eriksson. Kapitanka i liderka defensywy Linköping. Pewny punkt formacji obronnej Chelsea. W reprezentacji wciąż jednak nie do końca spełniona i cały czas czekająca na swoją prawdziwą szansę. Rozbicie duetu Fischer – Sembrant nie byłoby oczywiście łatwą decyzją, ale akurat Eriksson już wiele razy udowadniała, że w niczym nie ustępuje żadnej z bardziej doświadczonych koleżanek. Czy rok 2018 okaże się dla niej długo wyczekiwanym przełomem?

a001_NormalHires-LARGE

Fot. Thierry Breton

 

Nagroda specjalna: Sofia Jakobsson. Za wielki hart ducha, olbrzymią determinację i fenomenalny powrót. To ona, w deszczowej La Mandze, strzeliła pierwszego, szwedzkiego gola roku 2017. Wtedy wydawało się, że będzie on oznaczał odwrócenie złej, reprezentacyjnej passy napastniczki Montpellier, ale już kilka tygodni później zamiast na strzelaniu kolejnych bramek, Jakobsson musiała skoncentrować się na walce o powrót na boisko. Jak na prawdziwą wojowniczkę przystało, walkę tę zakończyła zwycięsko i chyba nikt nie ma wątpliwości, że powróciła silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Jared Burzynski 

Szwedzka Piłka

Pokaż znajomym:

Dodaj komentarz