W minioną niedzielę zakończyły się piłkarskie mistrzostwa Europy. Turniej w Holandii okazał się historyczny nie tylko ze względu na to, że po raz pierwszy uczestniczyło w nim aż szesnaście zespołów, ale również dlatego, że od teraz futbolowa mapa naszego kontynentu już nigdy nie będzie taka sama. Kres trwającej ponad dwie dekady niemieckiej dominacji, narodziny nowych bohaterek, czy wreszcie niespotykana nigdy wcześniej ilość sensacyjnych, boiskowych rozstrzygnięć to tylko niewielki fragment charakterystyki wspaniałego święta, jakim bez wątpienia było EURO 2017. Nie jest jednak w żadnym wypadku tak, że holenderskie mistrzostwa zafundowały nam wyłącznie niespodzianki. Nie brakowało na nich bowiem także piłkarek i drużyn, które na murawie jedynie potwierdziły swoją klasę. Zapraszam zatem na dwa w stu procentach subiektywne i jednocześnie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach poważne zestawienia, w których spróbuję odpowiedzieć na pytanie czym zaskoczyło mnie EURO 2017, a także czym nie zaskoczyło mnie EURO 2017.

 

Czym zaskoczyło mnie EURO 2017?

Koniec z pogromami. Fakt, w Holandii mieliśmy okazję obserwować najbardziej okazałe zwycięstwo w historii piłkarskich mistrzostw Europy, ale starcie Angielek ze Szkotkami było jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę mówiącą o tym, że poziom czołowych, europejskich drużyn coraz bardziej się wyrównuje. Wiadomo, że wyciąganie zbyt daleko idących wniosków na podstawie meczów rozegranych na przestrzeni trzech tygodni byłoby zdecydowanie zbyt pochopne, ale jednak ambitną postawę Belgijek, czy też remis Francuzek z Austriaczkami oglądało się naprawdę sympatycznie i aż chciałoby się zaapelować o równie fascynujący sequel za cztery lata.

Strzelecka niemoc po hiszpańsku. Jeśli w ostatnich miesiącach przed turniejem strzela się osiem goli Szwajcarkom, siedem Belgijkom i pięć Finkom, to wysyła się w ten sposób jasny sygnał, że hiszpańska ofensywa nie bawi się w półśrodki. Podczas samego EURO podopieczne Jorge Vildy zdecydowanie bardziej niż rozjuszonego byka przypominały jednak potulnego byczka Fernando. Zaczęło się nawet obiecująco, ale po dwukrotnym pokonaniu portugalskiej bramkarki, Hiszpanki postanowiły przejść na tryb Nadeshiko z wyłączoną opcją strzelania. Efekt? Ponad sześć godzin bez choćby jednego gola i pożegnanie się z mistrzostwami w równie słabym stylu, co dwa lata temu w Kanadzie. I to wszystko pomimo dochodzącego momentami do osiemdziesięciu procent posiadania piłki.

Włoska rewelacja. Z racji tego, że los skojarzył nas w jednej grupie, wszystkie rozegrane w ostatnich dwunastu miesiącach sparingi kadry Antonio Cabriniego obejrzałem od pierwszej do ostatniej minuty. Nie ujmując nic włoskim piłkarkom i biorąc poprawkę na towarzyski charakter wspomnianych gier, podczas większości z nich Azzurre zdecydowanie bardziej niż ekipę przygotowującą się do występu w finałach mistrzostw Europy przypominały grupę wczasowiczek z sycylijskich plaż. Jak to możliwe, że w lipcu drużyna ta przeszła aż tak wielką metamorfozę? Tego nie dowiemy się chyba nigdy. Podobnie zresztą jak tego, dlaczego na mecz z Rosją Włoszki wyszły dopiero od 46. minuty, zaprzepaszczając w ten sposób szansę na przeżycie pięknej przygody.

Niemiecko-francuskie fiasko. Ależ piękna katastrofa! Dwie drużyny z największym potencjałem, najmocniejszą kadrą i najbardziej rozdmuchanymi oczekiwaniami na tytuł pożegnały się z mistrzostwami tego samego dnia, zanim medalowa zabawa zdążyła się tak naprawdę rozpocząć. Co więcej, obie odpadły w takim stylu, że raczej nikt w Holandii z tego powodu nie rozpaczał. Podopieczne Steffi Jones podczas całego turnieju potrafiły strzelić zaledwie jednego gola z gry, a Francuzkom nie udała się nawet ta sztuka. Na karnych, wolnych i rożnym udało się wprawdzie wyjść z grupy, ale po ćwierćfinale można było jedynie zakrzyknąć: Wahnsinn! i grzecznie udać się w powrotną podróż.

Piłka meczowa na nodze Laury Luis. Nie ukrywam, że jeszcze całkiem niedawno piłkarska Portugalia kojarzyła mi się wyłącznie z Claudią Neto oraz corocznym, marcowym turniejem towarzyskim na Algarve. Awans reprezentacji prowadzonej przez Francisco Neto na holenderskie EURO sprawił, że moja wiedza o iberyjskim futbolu uległa znaczącej poprawie, ale i tak jeszcze miesiąc temu nie uwierzyłbym, że w 93. minucie meczu z Anglią pomocniczka Bragi będzie mieć na nodze piłkę na wagę awansu do najlepszej ósemki turnieju. Ze strzałem Luis ostatecznie nie bez problemów poradziła sobie Chamberlain, a Portugalkom pozostała satysfakcja z faktu, że w grze o ćwierćfinał pozostawały dłużej niż ktokolwiek się tego spodziewał.

Prezenty Vaili Barsley. Dwa lata temu stoperka Eskilstuny marzyła o tym, żeby na EURO 2017 zagrać w reprezentacji Anglii. Przewrotny los sprawił, że choć na wspomniany turniej ostatecznie pojechała, to zainaugurowała go meczem … przeciwko kadrze Marka Sampsona. Trudno powiedzieć, czy to właśnie zbyt duży ładunek emocji sprawił, że jej występ na holenderskich boiskach zakończył się całkowitym niepowodzeniem, ale patrząc obiektywnie, przeciwko Anglii i Portugalii Barsley rozegrała prawdopodobnie dwa najgorsze mecze w swojej profesjonalnej karierze, dokładając sporą cegiełkę do czterech goli dla rywalek. Mecz z Hiszpanią obrończyni United obejrzała już z perspektywy ławki rezerwowych, a zastępująca ją na środku bloku defensywnego Rachel Corsie stworzyła z Ifeomą Dieke niemal bezbłędny duet.

Zinsberger zawstydza ekspertów. Mówi się, że szczególnie w przypadku bramkarek doświadczenie jest na wagę złota, a tymczasem bohaterką EURO została golkiperka, która jak dotąd w poważnym futbolu rozegrała … jedną rundę. 21-letnia Austriaczka zaledwie kilka miesięcy temu w wyniku kontuzji Korpeli wskoczyła do bramki monachijskiego Bayernu, ale na holenderskich arenach długimi fragmentami prezentowała się tak, jakby przynajmniej od kilku sezonów regularnie występowała na poziomie Bundesligi. Jasne, przy golu dla Francji popełniła błąd, ale warto zauważyć, że był to jedyny puszczony przez nią gol podczas całej imprezy. Wiadomo, że olbrzymi wkład w historyczny sukces austriackiej piłki wniosły Feiersinger, Burger, Schiechtl, czy Zadrazil, ale nie można zapominać, że i bez Zinsberger pozostanie w turnieju aż do sierpnia stanęłoby pod dużym znakiem zapytania.

Pękająca koszula Sampsona. Podczas półfinałowego starcia z Holandią narastającego napięcia nie wytrzymała nie tylko Lucy Bronze, ale i koszula walijskiego selekcjonera Angielek, która pękła niemal tak spektakularnie jak nadzieje Brytyjczyków na pierwszy od ośmiu lat finał dużej, piłkarskiej imprezy. Na szczęście, pozostałe części garderoby dzielnie dotrwały w nienaruszonym stanie do ostatniego gwizdka francuskiej sędzi, wytrzymując nawet kończącego dzieło zniszczenia samobója Millie Bright.

Czym nie zaskoczyło mnie EURO 2017?

Gospodynie grają do końca. Z formą w sporcie jest trochę jak z sondażami poparcia partii politycznych; liczą się nie tyle wartości bezwzględne, co aktualny trend. Prawidłowość ta dotyczy wprawdzie głównie dyscyplin indywidualnych, ale i w futbolu jak najbardziej znajduje swoje zastosowanie. Holenderki już od kilku miesięcy znajdowały się na wyraźnej fali wznoszącej i mieliśmy pełne prawo oczekiwać, że podczas najważniejszej dla siebie imprezy mogą go z powodzeniem kontynuować. Pewną niewiadomą stanowiło jedynie to, jak podopieczne Sariny Wiegman poradzą sobie z narastającą z każdym dniem turnieju presją własnych kibiców, ale szybko okazało się, że przekłada się ona wyłącznie na pozytywną mobilizację.

Martens i Neto dają radę. O tym, że obie wymienione tu piłkarki zaliczają się do ścisłej, światowej czołówki na swoich pozycjach, doskonale wiedziałem od dawna. Już w zapowiedziach turnieju sygnalizowałem, że EURO 2017 może należeć właśnie do nich i nie zamierzam ukrywać, iż bardzo cieszę się, że tak właśnie się stało. Takie zawodniczki jak nikt inny zasługują bowiem na to, aby ich grę podziwiały nie setki, a setki tysięcy sympatyków futbolu.

Gwizdki przychylne faworytkom. Wrzucam do tej kategorii, bo przez te wszystkie lata po prostu zdążyłem się przyzwyczaić. Pamiętam skandaliczny mundial 1999, okradzenie Göteborga z prawdopodobnie największej szansy na mistrzowski tytuł, nadprogramową pomoc dla Umeå i Rosengård, mecz otwarcia Kanadyjek z Chinkami i wiele, wiele innych przypadków, w których niespodziewanie męczące się na boisku papierowe faworytki w momencie największego kryzysu mogły liczyć na pomocną dłoń pań (lub panów) biegających z gwizdkiem. Z tego powodu, podyktowanie bardzo problematycznego rzutu karnego dla Francuzek w końcówce meczu z Islandią nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Szczerze mówiąc, bardziej zdziwiłem się, że podobnego wsparcia nie otrzymały Niemki, gdy ćwierćfinał zaczął wymykać im się z rąk.

Stina umie w karne. Mówiąc bardzo delikatnie, bramkarka reprezentacji Danii z całą pewnością nie jest najmocniejszym punktem swojego zespołu. Powyższe zdanie zupełnie traci jednak na aktualności, jeśli o końcowym wyniku decydować muszą rzuty karne. My przekonaliśmy się o tym cztery lata temu, rywalki Kristianstad w walce o pozostanie w Damallsvenskan jesienią 2016, a kolejni nieszczęśnicy podczas EURO 2017. Parafrazując słynne, piłkarskie powiedzenie: rzut karny to jeszcze nie gol, szczególnie gdy grasz przeciwko Dunkom. Do zapamiętania przed eliminacjami do francuskiego mundialu.

Tyły do poprawki. Wyrównujący się poziom czołowych, europejskich reprezentacji jest faktem bezsprzecznym, ale trzeba zaznaczyć, że dotyczy on w największym stopniu piłkarek ofensywnych. Wśród obrończyń, a także – i zarazem w szczególności – bramkarek, wciąż widać bowiem utrzymującą się dysproporcję nawet między zespołami z pierwszego i drugiego koszyka. Pozostaje mieć nadzieję, że zdecydowanie bardziej profesjonalne i spersonalizowane systemy szkolenia wdrażane w coraz to nowych krajach sprawią, że finalnie poradzimy sobie i z tym problemem, ale nie ma się co łudzić, że nastąpi to już w tym lub w następnym roku. Są bowiem rzeczy, których po prostu nijak nie da się przyspieszyć i to jest właśnie jedna z nich.

Norweska mizeria a la Sjögren. Oczywiście, że nie spodziewałem się Norweżek wracających do domu bez choćby jednej strzelonej bramki, bo przecież chociażby taka Hansen potrafi w dowolnym momencie zrobić gola z niczego. Problem jednak w tym, że w zasadzie od zakończenia styczniowego zgrupowania w Hiszpanii, z obozu byłych już wicemistrzyń Europy dochodziły niemal wyłącznie niepokojące sygnały. Jak dużą rolę odegrał w tym całym zamieszaniu szkoleniowiec, który niespełna rok wcześniej w wielkim stylu wywalczył mistrzostwo Szwecji z Linköping? Myślę, że w sposób najbardziej trafny zdiagnozowała to znająca go doskonale Magdalena Eriksson, więc mi pozostaje jedynie podpisać się pod tymi słowami i obserwować, jak w tej niełatwej sytuacji zachowają się Norwegowie. Czasu na wyciągnięcie wniosków nie mają niestety wiele, gdyż już za dwa miesiące rozpoczynają się eliminacje do mistrzostw świata we Francji, do których (podobnie zresztą jak Szwedki) po raz pierwszy od dawna nie przystąpią w roli faworytek swojej grupy.

Islandzcy i duńscy kibice. Obie grupy zrobiły w holenderskich miastach i na tamtejszych stadionach niemałą furorę, ale przecież już cztery lata temu goście z tych właśnie krajów mocno ubarwili także „szwedzkie” EURO. Wiadomo, że tym razem szczególnie delegacja z wyspy gejzerów udała się na turniej w zdecydowanie większej liczbie, ale mając w pamięci wydarzenia sprzed czterech lat, o ich „formę” byłem całkowicie spokojny. I tylko trochę szkoda, że pomimo tak wspaniałej promocji, kraje nordyckie wciąż nieustannie mylą się naszym przyjaciołom z kontynentalnej Europy. A przecież norweski Kristianstad, czy islandzka Vålerenga brzmią równie absurdalnie co irlandzka Chelsea lub luksemburski Lyon.

Szwecja. No tak, ale czym właściwie może zaskoczyć mnie reprezentacja, którą obserwuję na co dzień od kilkunastu lat? Jasne, kiksy defensorek w starciu z Włoszkami były cokolwiek niespodziewane, ale poza tym zgadzało się właściwie wszystko: od nieumiejętnie konstruowanych ataków pozycyjnych, przez wybory personalne i dyspozycję zawodniczek, aż do dress code’u obu selekcjonerek. Parafrazując samą Pię Sundhage można śmiało powiedzieć, że ostatni taniec wyszedł jej dokładnie tak samo, jak na dwunastu próbach generalnych.

 

Jared Burzynski

Szwedzka Piłka

Pokaż znajomym: