fot. FC Rosengård

Jak nie grały przez ponad pięć miesięcy, to nie grały, ale gdy już wróciły, to w takim stylu, że ani na moment nie dało się odwrócić wzroku od murawy. Dziewięć goli, dziewięćdziesiąt minut jazdy bez trzymanki i pewne zwycięstwo faworytek z Malmö – tak w największym skrócie można opisać pierwszy mecz sezonu 2017 w Damallsvenskan, choć w 3. minucie, gdy Julia Roddar wyprowadzała gości z Borlänge na prowadzenie, kibice ze Skanii z niedowierzaniem przecierali oczy ze zdumienia. Później wszystko wróciło jednak na spodziewane tory, klasą dla siebie była Lieke Martens, Anja Mittag już w pierwszym meczu po powrocie do Szwecji wyrównała swój strzelecki dorobek z Wolfsburga, a Ella Masar udowodniła, że przez zimę nie zatraciła nic ze swojej niesamowitej waleczności. Ozdobą spotkania był drugi gol dla Rosengård, a w zasadzie poprzedzająca go akcja, podczas której gospodynie wymieniły między sobą 21 podań, zanim Troelsgaard ostatecznie umieściła futbolówkę w siatce rywalek. Kvarnsveden próbowało się odgryzać, ale oprócz fenomenalnej jak zwykle Chawingi, zwyczajnie nie miało argumentów, aby podjąć wyrównaną walkę z głównym faworytem rozgrywek. Pewnie niewiele będzie zespołów, którym na Malmö IP uda się strzelić dwa gole, ale cóż z tego, skoro defensywa z Dalarny znów udowodniła, iż nie ma najmniejszego przypadku w tym, że w 23 meczach na poziomie ekstraklasy Kvarnsveden ani razu (!) nie udało się zagrać na zero z tyłu. Sympatycy Rosengård zaczęli się oczywiście zastanawiać, czy aby rosnąca forma nie przyszła zbyt późno, bo z taką grą – ich zdaniem – dałoby się bez większych problemów wyeliminować Barcelonę, ale ta teza wydaje się skądinąd mocno kontrowersyjna. Choć utarło się, że obrona to zdecydowanie najmniej pewna formacja ekipy z Katalonii, to jednak trudno byłoby liczyć z jej strony na tyle prezentów, co od niezawodnego w tej materii kwartetu Decker – Salander – Hasanbegovic – Axfeldt.

W poprzednich dwóch sezonach Piteå przegrało u siebie zaledwie jeden mecz, ale tym razem twierdza Norrland padła już za pierwszym podejściem. W pełni zasłużenie zdobyły ją piłkarki Djurgården, które wyszły na murawę LF Areny z wiarą, że na boisku rewelacji ubiegłorocznych rozgrywek jak najbardziej można pokusić się o zdobycie kompletu punktów. Gola na wagę zwycięstwa zdobyła ostatecznie tuż przed przerwą Hanna Lundqvist, wykorzystując sytuacyjne podanie Gisladottir, ale równie wielki udział w tym, że powrotna podróż do stolicy minęła podopiecznym Joela Riddeza w szampańskiej atmosferze miała również Gudbjörg Gunnarsdottir. Często mówi się, że w tych najbardziej wyrównanych spotkaniach o końcowym wyniku decyduje w dużym stopniu postawa bramkarek, a Islandka udowodniła, że jak najbardziej słusznie jej nazwisko wymienia się wśród czołowych golkiperek ligi. Z punktu widzenia reprezentacji musimy ponadto odnotować, że całkiem niezłe wejście w sezon zanotowała Katrin Schmidt, która pod nieobecność kontuzjowanej Appelqvist doskonale dyrygowała poczynaniami drugiej linii Djurgården, wysyłając tym samym Pii Sundhage jasny sygnał, że niezabranie jej na EURO byłoby w obecnej sytuacji niezwykle odważnym posunięciem ze strony selekcjonerki.

W Göteborgu spotkały się dwa zespoły, które w ostatnich miesiącach konsekwentnie przebudowywały kadrę, realizując w ten sposób długofalową strategię klubu. Na Valhalli postawiono na zdecydowane odmłodzenie wyjściowej jedenastki, zaś w Örebro w miejsce prawdziwej futbolowej Wieży Babel powstała ekipa oparta niemal wyłącznie na krajowych zawodniczkach. Po niezwykle wyrównanej pierwszej połowie, w której swoje szanse na objęcie prowadzenia miały obie ekipy, szala zaczęła coraz wyraźniej przechylać się na stronę gospodyń. Zawodniczki z Göteborga koniec końców dopięły swego w 84. minucie za sprawą niezawodnej Hammarlund, która już wcześniej była jedną z wyróżniających się aktorek tego widowiska. Świetne zawody ma za sobą również była młodzieżowa reprezentantka Francji Annahita Zamanian, która ma wszystkie zadatki ku temu, aby okazać się prawdziwą rewelacją tegorocznych rozgrywek. W barwach mało przekonującego po przerwie Örebro największe pochwały należą się walczącej do ostatniego gwizdka Julii Spetsmark, zaś sporym rozczarowaniem były występy reprezentantek kraju Gråhns oraz Dahlkvist, a także wyczekiwany powrót do ekstraklasy Mariny Pettersson Engström.

W minioną niedzielę historia napisała się na Vilans IP. Piłkarki z Vittsjö po raz pierwszy w historii pokonały w oficjalnym meczu ekipę z Kristianstad, choć trzy punkty musiały – w jak najbardziej dosłownym rozumieniu tego słowa – po prostu wyszarpać. Wszystko zaczęło się układać po myśli gości już w 5. minucie, kiedy to Benediktsson posłała kilkudziesięciometrowe podanie w kierunku Sällström, Carlsson i Atladottir nieco się zdrzemnęły, a dynamiczna Finka zrobiła użytek ze swojej szybkości i mierzonym strzałem pokonała Maron. Gospodynie mogły odpowiedzieć niemal błyskawicznie, ale po uderzeniu Edgren futbolówka odbiła się od słupka, po czym potoczyła się po linii bramkowej, gdzie nakryła ją Shannon Lynn. W kolejnych minutach inicjatywa wciąż należała do Kristianstad, świetne zawody rozgrywała próbująca kilka razy zaskoczyć szkocką golkiperkę Rita Chikwelu, ale ani dysponująca świetnymi warunkami fizycznymi Nigeryjka, ani jej rodaczka Ogonna Ckukwudi, nie potrafiły znaleźć recepty na nieco szczęśliwie broniącą się defensywę z Vittsjö. W ostatniej fazie meczu udało się w końcu wepchnąć futbolówkę do siatki gości, ale radość piłkarek i kibiców Kristianstad szybko przerwał gwizdek Malin Johansson, która słusznie dopatrzyła się w tej sytuacji nieprzepisowego zagrania (warto podkreślić, iż sędzia ze Sztokholmu błędu nie popełniła także przy nieuznanym golu dla Vittsjö w doliczonym czasie gry). W ostatnich sekundach pod bramkę rywalek popędziła nawet Maron i niewiele brakowało, aby zapisała na swoim koncie efektowną asystę, ale piłka ostatecznie znalazła się w rękach Lynn, która po chwili mogła wraz z koleżankami fetować niezwykle cenne, derbowe zwycięstwo.

Na Arenie Linköping miało być pewne, spokojne zwycięstwo odmienionych mistrzyń kraju i … rzeczywiście tak właśnie się stało, choć w Malmö pewnie do teraz zastanawiają się, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby zdobyty tuż przez przerwą gol na 1-1 został jednak uznany. Tego się już jednak nie dowiemy, a niespełna dwadzieścia sekund po wznowieniu gry Marija Banusic ostatecznie pozbawiła resztek złudzeń absolutnego beniaminka. Była napastniczka Eskilstuny udowodniła, że jej forma z zimowych sparingów jak najbardziej znajduje przełożenie również na rozgrywki ligowe, ale Linköping jako całość nie przypominał jeszcze ekipy, która w poprzednim sezonie całkowicie zdominowała szwedzką Damallsvenskan. Sprzymierzeńcem podopiecznych Kima Björkegrena jest jednak terminarz, który zagwarantował im łagodne wejście w sezon, ale aby realnie liczyć się w walce o obronę tytułu, wszystkie zawodniczki będą musiały dobić do poziomu, który na inaugurację zaprezentowały jedynie wspomniana Banusic oraz Portugalka Claudia Neto.

Jedyne poniedziałkowe spotkanie było o tyle kuriozalnym widowiskiem, że licznie zgromadzona na Tunavallen publiczność długimi minutami oglądała coś w rodzaju pokazowej gierki treningowej. Jedna drużyna rozgrywała piłkę, druga zaś imitowała pressing, nie starając się jednak jej odebrać. Gdy obie drużyny schodziły do szatni, Eskilstuna miała posiadanie piłki na poziomie 78 procent, ale trudno powiedzieć, czy bardziej zaskakujące jest osiągnięcie aż takiej przewagi, czy może fakt, że pomimo takich statystyk, gospodyniom nie udało się stworzyć ani jednej klarownej sytuacji z gry. Nieco więcej zamieszania było po stałych fragmentach, ale poza tym sztokholmska defensywa mogła ze względnym spokojem przyglądać się, jak podopieczne Viktora Erikssona bez większego zamysłu wymieniają między sobą kolejne podania. Taka postawa mogła się zupełnie niespodziewanie zemścić tuż po przerwie, gdy w dogodnej sytuacji nieco przypadkowo znalazła się Ekblom, ale Lundberg udało się w ostatniej chwili naprawić swój błąd. Zażegnawszy niebezpieczeństwo, bezradne gospodynie wróciły do mało produktywnego konstruowania akcji ofensywnych i być może taki obraz gry znów towarzyszyłby nam przez całe trzy kwadranse, gdyby nad Eskilstuną nie zlitowała się debiutująca w najwyższej klasie rozgrywkowej Emma Holmgren. Bramkarka młodzieżowej reprezentacji Szwecji puściła futbolówkę w sposób, którym spokojnie zapewniła sobie miejsce we wszystkich kompilacjach podsumowujących sezon. Kiks Holmgren podwójnie uradował debiutującą w barwach United Fionę Brown, która dzięki golkiperce z Uppsali udany debiut na szwedzkich boiskach okrasiła dodatkowo zwycięskim golem.

 

ZOBACZ BRAMKI KOLEJKI

 

Jared Burzynski

Szwedzka Piłka

Pokaż znajomym: