Szwedki z już w ćwierćfinale!

swe_aus_1
Są gole, jest i zasłużona radość (Fot. Bildbyrån)

 Drugi etap olimpijskiego maratonu przyszło rozegrać reprezentantkom Szwecji na stadionie w Saitamie. Rywalkami były prowadzone przez doskonale nam znanego Tony’ego Gustavssona Australijki, zaś stawką gwarancja awansu do fazy pucharowej turnieju. Taki zestaw sam w sobie był już oczywiście zapowiedzią wielkich emocji, ale przebieg boiskowej rywalizacji zaskoczył chyba wszystkich. Zacznijmy jednak od początku …

Pierwszy kwadrans to przede wszystkim obustronne testowanie się, z którego pod żadną z bramek nie wyniknęło wiele konkretów. Gdyby oceniać ten fragment spotkania zgodnie z zasadami panującymi na przykład w sportach walki, to na punkty wygrały go przejawiające zdecydowanie więcej inicjatywy podopieczne trenera Gustavssona. Z ich ofensywnych zapędów nie wynikało jednak wiele, a liczne wrzutki w szwedzką szesnastkę nie stanowiły przesadnego zagrożenia dla Hedvig Lindahl. Po około dwudziestu minutach przebudziły się wreszcie Szwedki, a gdy już to uczyniły, to od razu zaprezentowały nam specjalność zakładu Petera Gerhardssona. Asllani odegrała do podłączającej się na prawej flance Jakobsson, Hurtig ściągnęła na siebie uwagę australijskich defensorek, a Fridolina Rolfö wykończyła całą akcję uderzeniem tak precyzyjnym, że Teagan Micah nie miała najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Korzystny rezultat w Saitamie nie utrzymał się jednak długo, gdyż naszym rywalkom gola także przyniósł pierwszy celny strzał, a był on efektem wzorcowej kombinacji duetu Kyah Simon – Samantha Kerr. Inna sprawa, że nawet wobec uderzenia z tak bliskiej odległości, Lindahl powinna zachować się w tej sytuacji lepiej.

Najlepsza na boisku w meczu przeciwko USA Hanna Glas dziś ewidentnie nie miała swojego dnia, wobec czego trener Gerhardsson już w przerwie zdecydował się na pierwszą roszadę personalną. Pojawienie się na placu gry Nathalie Björn nie uspokoiło jednak szwedzkich poczynań defensywnych, z czego Australijki rzecz jasna skrupulatnie skorzystały. Raz jeszcze w rolę egzekutorki wcieliła się Kerr, która w pojedynku główkowym zdecydowanie zbyt łatwo poradziła sobie z klubową koleżanką z londyńskiej Chelsea Magdaleną Eriksson. Odpowiedź naszych piłkarek była jednak równie piorunująca; Jakobsson dopadła do mierzonej, prostopadłej piłki zagranej przez Angeldal, a Hurtig raz jeszcze przekonała wszystkich niedowiarków (jeśli tacy jeszcze istnieją), że szwedzkie dziewiątki trafiają tego lata do siatki z niebywałą regularnością. Na tablicy wyników ponownie mieliśmy więc remis i choć był to rezultat jak najbardziej korzystny, to podopieczne Petera Gerhardssona postanowiły zawalczyć o pełną pulę. Drugie zwycięstwo było bowiem równoznaczne z gwarancją awansu do najlepszej ósemki turnieju olimpijskiego jeszcze przed ostatnią kolejką spotkań grupowych. Cel był więc jasny, a do jego realizacji zabrała się Fridolina Rolfö, która przypomniała nam wszystkim, że za czasów gry w Damallsvenskan umiejętność strzelania z dystansu należała do jej zdecydowanie największych atutów. Micah spróbowała jeszcze zapobiec utracie gola, ale tego dnia golkiperka Sandviken była wobec prób byłej już gwiazdy Wolfsburga całkowicie bezradna. Szwedki odzyskały zatem prowadzenie i tym razem nie oddały go już do końcowego gwizdka. Zanim jednak gol Stiny Blackstenius przypieczętował drugie zwycięstwo na tokijskich Igrzyskach, okazję do popisania się bramkarskim kunsztem w pełni wykorzystała Lindahl, w efektowny sposób broniąc rzut karny polującej na hat-tricka Samanthy Kerr.

 Przebieg meczu z Australią mocno różnił się od tego, co w środę obejrzeliśmy w starciu z USA, ale kadra Petera Gerhardssona i w takich warunkach potrafiła zapisać na swoim koncie komplet punktów. Dziś liczyła się przede wszystkim skuteczność i ten test nasze piłkarki także zdały z całkiem niezłym wynikiem. Trochę szkoda jedynie, że golem nie okrasiła swojego występu Caroline Seger, która szczególnie przed przerwą wielokrotnie ratowała swoimi interwencjami mocno niepewną w tej fazie meczu szwedzką defensywę. Kapitanka Rosengård miała okazję, aby również wpisać się na listę strzelczyń, ale jej próba zatrzymała się ostatecznie na poprzeczce australijskiej bramki. Oprócz postawy Seger, cieszy nas także dyspozycja tercetu ofensywnych pomocniczek, które niezmiennie potrafią wykreować bramkowe akcje nawet wówczas, gdy liczby przynajmniej na papierze nie są ich sprzymierzeńcami. Spory plus możemy postawić oczywiście także przy nazwiskach obu środkowych napastniczek i gdyby dzisiejszy mecz zakończył się równo w dziewięćdziesiątej minucie, moglibyśmy z pełnym spokojem wyczekiwać wtorkowej konfrontacji z Nową Zelandią. Niestety, w doliczonym czasie gry groźnie wyglądającego urazu nabawiła się Blackstenius, wobec czego kolejne godziny upłyną nam na nerwowym wyczekiwaniu na oficjalną diagnozę. Strata kluczowej zawodniczki w tej fazie turnieju jest bowiem scenariuszem, którego za wszelką cenę wolelibyśmy uniknąć.

SzwedzkaPiłka.com

Jared Burzynski

error: Content is protected !!
%d bloggers like this: