Miały być zacięte, małe derby Londynu. Zamiast tego dostaliśmy brutalną lekcję futbolu. Tottenham Hotspur przyjmował London City Lionesses na własnym stadionie z nadziejami na urwanie punktów lokalnemu rywalowi. Skończyło się na sześciu golach w plecy i twardym lądowaniu. Jeśli ktoś jeszcze wątpił, czy potężne letnie transfery „Lwic” mają sens, ten mecz definitywnie ucina dyskusję.
Sprawa jest prostsza, niż się wydaje. Pieniądze nie grają, ale wybitne piłkarki już tak.
Alexia with the early goal! 1-0 London City! https://t.co/yRgF35y32f
— London City Lionesses (@LC_Lionesses) October 4, 2026
Bolesne zderzenie ze ścianą. Spurs tracą rezon
Tottenham wszedł w ten sezon Women’s Super League z naprawdę fajnym animuszem. Trzy wygrane, jeden remis. Zero porażek. Ale niedzielne popołudnie na BetWright Stadium brutalnie obnażyło ich braki, gdy tylko po drugiej stronie stanął zespół z absolutnego topu.
Martin Ho, trener Spurs, nie szukał po meczu tanich wymówek. Powiedział wprost, że jego piłkarki wyglądały na przerażone, gdy tylko miały piłkę przy nodze. I trudno się dziwić. Zero wygranych styków. Zero doskoku. W piłce nożnej kobiet na tym poziomie taka bierność to sportowe samobójstwo. Zostawiasz wolną przestrzeń na dwudziestym metrze? Kończysz z bagażem sześciu bramek. Trener wziął winę na siebie, ale mina Lize Kop – bramkarki gospodyń – mówiła wszystko. Obrona przed nią po prostu tego dnia nie istniała. Honorowe trafienie Victorii Pelovej przy stanie 0:4 to marne pocieszenie.
Alexia Putellas i Kadidiatou Diani. Gwiazdy robią różnicę
London City Lionesses latem po prostu rozbiły bank. Szóste miejsce w ubiegłym sezonie najwyraźniej mocno uderzyło w ambicje właścicieli. Ściągnięcie takich gwiazd musiało przynieść efekt, choć wielu ekspertów pukało się w głowę, pytając o zgranie i chemię w szatni. Bądźmy szczerzy. Taktyka to jedno, ale czysty, piłkarski talent potrafi przykryć każdy brak zgrania.
Alexia Putellas potrzebowała zaledwie trzech minut, żeby otworzyć wynik. Znalazła się w polu karnym dokładnie tam, gdzie powinna, i bezlitośnie dobiła strzał Grace Geyoro. Pół godziny później Hiszpanka dorzuciła drugie trafienie – potężna bomba pod poprzeczkę po świetnej akcji Danielle van de Donk. Dwukrotna zdobywczyni Złotej Piłki daje jasny sygnał: w angielskim klimacie czuje się wybornie.
A przecież jest jeszcze Kadidiatou Diani. Królowa strzelczyń poprzedniej edycji Ligi Mistrzyń ukłuła dwa razy. Najpierw wykończyła szybką, kombinacyjną akcję, a w drugiej połowie – z szerokim uśmiechem na twarzy – wparowała z piłką do pustej bramki po fatalnym błędzie defensywy Tottenhamu. Dzieła zniszczenia w doliczonym czasie gry dopełniła Delphine Cascarino. Krótki rajd, „przekładanka” nad piłką, strzał. Szybko, łatwo i boleśnie.
Czy „Lwice” to już kandydatki na mistrza WSL?
Cztery wygrane w pięciu ostatnich meczach. Imponujący bilans. Trener Eder Maestre próbuje jednak chłodzić głowy. Na pomeczowej konferencji powtarzał jak mantrę słowo „pokora”. Podkreślał, że jego zespół wciąż szuka wspólnego języka na boisku i dopiero się buduje.
I tu pojawia się haczyk.
Skoro drużyna, która rzekomo jest „w fazie budowy”, potrafi przejechać się jak walec po solidnym ligowcu i wygrać małe derby Londynu 6:1, to do czego będzie zdolna za kilka miesięcy? Dominatorki z Chelsea i Manchesteru City mają pełne prawo czuć lekki niepokój. Teraz przed zawodniczkami dwutygodniowa przerwa reprezentacyjna. Jeśli po jej zakończeniu nowa londyńska maszyna nie straci rytmu, walka o mistrzostwo Anglii może być w tym roku fascynująca jak nigdy dotąd.
