Sobota, 26.09.
Kto uważa, że piłka nożna kobiet nie dostarcza skrajnych emocji, najwyraźniej nie oglądał ostatniego starcia w Zubieta. Osiem bramek. Zwroty akcji. Kontuzje i kontrowersje sędziowskie. A w centrum tego wszystkiego genialny powrót piłkarek Realu Madryt po przerwie. Ten mecz to gotowy materiał na świetny film akcji.
Zaczęło się od pięknego, ludzkiego gestu. Zawodniczki Realu Sociedad wyszły na murawę w specjalnych koszulkach, wspierając Carlotę Chacón, która zerwała więzadła krzyżowe. Pełen szacunek. A potem? Potem zaczął się absolutny piłkarski rollercoaster.
Błyskawiczny start i cios za cios
Zaledwie 120 sekund wystarczyło, żeby wynik drgnął. Bella Andersson posyła długą piłkę, Oihane San Martín przebija ją głową, a Lineth Beerensteyn zostaje kompletnie sama w polu karnym. Holenderka się nie myli. Strzela swojego debiutanckiego gola dla Las Blancas i otwiera to spotkanie.
Myślicie, że gospodynie spuściły głowy? Skąd. Równo dwie minuty później Nerea Eizagirre odpala indywidualną akcję marzeń. Dogrywa precyzyjnie na długi słupek, a tam Cecilia Marcos pakuje piłkę prosto w okienko. Pach, pach i mamy 1:1.
Tempo od samego początku było po prostu kosmiczne. Julia Arrula dwoiła się i troiła w bramce Baskijek. Świetnie wyciągnęła potężny strzał Athenei, a zaraz potem odbijała kolejne próby madryckiej ofensywy. W 35. minucie pojawiły się jednak problemy. Defensorka Realu Madryt, Janou Levels, łapie uraz mięśniowy i musi opuścić boisko (zastępuje ją Lakrar). Do przerwy remis. Choć trener gospodyń, Gorka Álvarez, niemal wyszedł z siebie, domagając się rzutu karnego po starciu z Marcos. Gwizdek sędzi milczał.
Królowa środka pola powraca. Sara Däbritz robi różnicę
Druga połowa zaczęła się jak trzęsienie ziemi. Trener Pau Quesada posyła w bój Lindę Caicedo. Kolumbijka od razu testuje Arrulę mocnym uderzeniem z krawędzi pola karnego. Bramkarka znów ratuje swój zespół, a w odpowiedzi… Baskijki wyprowadzają zabójczy cios. Niezawodna Cecilia Marcos kompletuje dublet i całkowicie odwraca losy meczu. Zrobiło się 2:1 dla Realu Sociedad.
I tu pojawia się kluczowy moment dla całego spotkania. Magia madryckiej ławki.
Na murawie meldują się Felicia Schröder, Elisa Senss i ona. Sara Däbritz. Niemka wracała po kontuzji. Potrzebowała dokładnie sześciu minut na boisku, żeby kompletnie zdemolować defensywę gospodyń. Najpierw Caruso trafia z rzutu wolnego w obramowanie bramki, a Däbritz z zimną krwią dobija piłkę. Remis.
Mijają ledwie trzy minuty. Zawodniczki z Madrytu zakładają wysoki pressing, zmuszają rywalki do błędu, Schröder świetnie dogrywa do Niemki, a ta znów ładuje piłkę do siatki. Od 1:2 do 3:2 w mgnieniu oka. Po prostu klasa. Tytuł MVP tego spotkania nie mógł trafić w inne ręce.
Karny na raty i szwedzka kropka nad „i”
Jeśli myślicie, że to koniec emocji, to zapnijcie pasy. W końcówce Bella Andersson fauluje w polu karnym Avę Seelenfreund. Sędzia nie ma wątpliwości – jedenastka.
Do piłki podchodzi Paula Fernández. Strzela. Frohms wyciąga się jak struna i niesamowicie broni! Radość Madrytu trwa jednak ułamek sekundy. Sędzia dopatruje się błędu i każe powtórzyć stały fragment gry. Przy drugim podejściu Fernández uderza pewnie. Mamy 3:3. Wynik znowu na styku.
Ale Real Madryt miał tego dnia w ataku potwora. Felicia Schröder powiedziała „dość”. Szwedka najpierw fenomenalnie główkuje, przywracając prowadzenie swojemu zespołowi, a dosłownie chwilę później dokłada kolejne trafienie, pieczętując wynik meczu na 5:3.
Osiem goli. Cudowne zwroty akcji. Świetne decyzje trenerskie. To starcie w Lidze F to absolutny dowód na to, jak fantastycznie rozwija się hiszpańska piłka nożna kobiet. Obie ekipy dały kibicom fenomenalne widowisko, ale to zawodniczki ze stolicy wracają do domu z kompletem punktów. Jeśli reszta sezonu ma wyglądać tak jak ten mecz w Zubieta – czeka nas kapitalny rok.
