Mogło być gładkie 4:0 już po dwudziestu minutach i spokojna kawa na ławce trenerskiej. Zamiast tego Sonia Bompastor przez dobrą godzinę obgryzała paznokcie, patrząc, jak jej piłkarki marnują seryjnie stuprocentowe sytuacje. Chelsea ostatecznie pokonała Birmingham City 2:0, ale sobotnie starcie w Women’s Super League zostawia w głowach kibiców jedno kluczowe pytanie: ile jeszcze nerwów będzie kosztować The Blues brak chłodnej głowy pod bramką rywalek?
Piorunujący początek i stary, znajomy grzech
Lexi Potter potrzebowała zaledwie ośmiu minut, by poderwać trybuny Stamford Bridge. Rywalki były zamroczone. Szybki wrzut z autu, sprytne trącenie Alyssy Thompson, instynktowna obrona Sophie Baggaley i bezlitosna dobitka 17-latki pod poprzeczkę. Wtedy wydawało się, że Birmingham czeka bezlitosna egzekucja.
Nic bardziej mylnego.
Dominacja mistrzyń Anglii nie podlegała dyskusji, ale futbol bywa przewrotny. Sjoeke Nüsken huknęła głową w poprzeczkę. Thompson urywała się obrończyniom raz za razem, lecz w decydujących momentach brakowało jej zdecydowania. Zamiast strzału – zawahanie. Zamiast spokoju – niepotrzebny drybling. Dokładnie ten sam paraliż decyzyjny Chelsea przeżywała na inaugurację sezonu z Aston Villą, gdzie 35 oddanych strzałów przełożyło się na zaledwie jednego gola i bolesną stratę punktów.
Kiedy na Stamford Bridge zapachniało niespodzianką
Dopóki na tablicy wyników świeci się skromne 1:0, każdy rywal w Women’s Super League czuje krew. Birmingham przetrwało huragan i po przerwie zaryzykowało.
I nagle zrobiło się naprawdę nerwowo.
Gdyby Wilma Leidhammar lepiej złożyła się do dośrodkowania Lily Crosthwaite, Hannah Hampton wyciągałaby piłkę z siatki. Chwilę później rezerwowa Suzu Amano dwukrotnie postraszyła londyńską defensywę. Na stadionie zapadła ta specyficzna, duszna cisza, którą zna każdy kibic, gdy faworyt zaczyna prosić się o nieszczęście. Chelsea gubiła rytm, a widmo straty punktów wisiało w powietrzu.
Melvine Malard: 62 minuty, które zmieniają układ sił
Wtedy na murawę weszła ona. Melvine Malard nie potrzebuje kwadransa na rozgrzewkę w grze. Wystarczy jej ułamek sekundy i pół błędu obrony.
W 71. minucie Millie Turner fatalnie zgrała piłkę głową do własnej bramkarki, a francuska napastniczka natychmiast wyczuła okazję. Wyskoczyła zza pleców defensorki, uprzedziła Baggaley i sprytnym trąceniem ustaliła wynik meczu.
Liczby Malard po letnim transferze z Manchesteru United zaczynają wyglądać wręcz zjawiskowo:
- 62 minuty spędzone na ligowych boiskach w barwach Chelsea,
- 2 wejścia z ławki rezerwowych,
- 3 zdobyte bramki.
To nie jest dzieło przypadku. Malard dysponuje czymś, czego wielu ofensywnym gwiazdom z Londynu wciąż brakuje: pierwotnym, snajperskim węchem. Kiedy Alyssa Thompson imponuje dynamiką i wiatrem sianym na skrzydle, w polu karnym wciąż brakuje jej cynizmu. Francuzka natomiast nie kalkuluje. Widzi bezpańską piłkę i po prostu pakuje ją do siatki.
Sonia Bompastor dopisuje do ligowej tabeli komplet punktów, ale przed sztabem mistrzyń sporo analiz. Efektowne 5:0 z Manchesterem United z ubiegłego weekendu zatarło nieco obraz rzeczywistości, jednak konfrontacja z Birmingham przypomniała o przewlekłej chorobie: braku skuteczności w meczach z niżej notowanymi rywalami. Lekarstwo na tę niemoc siedzi jednak tuż obok na ławce i wygląda na to, że czas najwyższy wpuścić Melvine Malard od pierwszej minuty.
