Dlaczego polskie kluby coraz częściej odbijają się od finansowego sufitu, choć sportowo potrafią rywalizować z coraz lepszymi przeciwnikami?
Jeszcze kilka lat temu dyskusja o kobiecej piłce nożnej w Polsce wyglądała zupełnie inaczej. Rozmawialiśmy przede wszystkim o tym, jak zwiększyć liczbę dziewczynek trenujących futbol, jak przekonać sponsorów, że warto inwestować w kobiece drużyny i jak sprawić, by mecze Orlen Ekstraligi zaczęły pojawiać się w mediach częściej niż raz na kilka miesięcy.
Dziś sytuacja jest inna.
Reprezentacja Polski po raz pierwszy w historii zagrała na mistrzostwach Europy. Stadiony podczas najważniejszych spotkań coraz częściej wypełniają się kibicami. Telewizje pokazują ligę, sponsor tytularny nadał rozgrywkom prestiżu, a nazwiska Ewy Pajor czy Pauliny Dudek zna już znacznie szersze grono kibiców niż jeszcze dekadę temu.
Można więc odnieść wrażenie, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Można. Ale byłoby to tylko pół prawdy.
Bo za rosnącą popularnością nie nadąża ekonomia. A we współczesnym futbolu pieniądze nie są dodatkiem do sukcesu. One są jego fundamentem.

Romantyczna piłka już nie istnieje
Lubimy powtarzać, że „pieniądze nie grają”. Że na boisku liczy się charakter, determinacja, serce i ciężka praca.
To piękne hasła. I nadal prawdziwe. Ale tylko do pewnego momentu.
Bo gdy kończy się hymn UEFA Women’s Champions League, a zaczyna codzienność profesjonalnego futbolu, o wyniku coraz częściej decydują rzeczy, których kibic z trybun nie widzi.
To sztab medyczny. To dietetycy. To analitycy. To psychologowie. To fizjoterapeuci. To infrastruktura. To skauci rozsiani po całym świecie.
To możliwość zakontraktowania piłkarki za kilkaset tysięcy euro bez zastanawiania się, czy klub będzie miał z czego zapłacić rachunki za prąd.
Dzisiejszy kobiecy futbol jest biznesem. I to biznesem rozwijającym się szybciej niż niemal jakakolwiek inna gałąź sportu.
Nieprzypadkowo największe światowe marki inwestują właśnie w sekcje kobiece.
Barcelona. Chelsea. Arsenal. Manchester City. Real Madryt.
To już nie są projekty wizerunkowe. To są produkty warte dziesiątki milionów euro. I właśnie tutaj zaczyna się największy problem polskich klubów.
Polska żyje w innej rzeczywistości
Kiedy spojrzymy na budżety większości klubów Orlen Ekstraligi, trudno nie odnieść wrażenia, że funkcjonują one w zupełnie innym świecie niż europejska czołówka.
Roczny budżet wielu polskich zespołów oscyluje wokół 1 miliona złotych. Oczywiście są wyjątki, ale to nadal skala działania przypominająca bardziej dobrze zorganizowaną organizację sportową niż profesjonalny klub aspirujący do sukcesów w Europie.
Teraz spójrzmy na drugą stronę.
Najbogatsze kobiece kluby świata osiągają ponad 20 milionów euro przychodów rocznie. Nie budżetu. Przychodów. Arsenal , Chelsea czy FC Barcelona funkcjonują na poziomie, o którym w Polsce nawet nie śnimy.
To nie jest różnica dwóch czy trzech razy. To przepaść.
Wyobraźmy sobie boksera wagi ciężkiej walczącego z zawodnikiem kategorii piórkowej.
Obaj są świetnie wyszkoleni. Obaj ciężko pracują. Obaj mają talent. Ale fizyki nie oszukają.
Dokładnie tak samo wygląda dziś rywalizacja polskich klubów z europejską elitą.
Największym sponsorem jest urząd miasta
To jedna z najbardziej charakterystycznych cech polskiego futbolu kobiet. Nie prawa telewizyjne. Nie sprzedaż koszulek. Nie wpływy komercyjne. Nie ogromni sponsorzy. Bardzo często największym sponsorem jest… samorząd.
Nie ma w tym nic złego. Sport powinien być wspierany przez lokalne władze. Problem pojawia się wtedy, gdy klub staje się praktycznie uzależniony od miejskich pieniędzy.
Bo jeśli połowa budżetu zależy od decyzji urzędników, trudno mówić o stabilnym modelu biznesowym. Zmienia się prezydent miasta. Zmieniają się priorytety. Zmienia się wysokość dotacji.
I nagle okazuje się, że cały plan rozwoju trzeba napisać od nowa. Tak nie buduje się europejskich marek. Tak walczy się o przetrwanie.
Powstała liga dwóch prędkości
Coraz wyraźniej widać, że również Orlen Ekstraliga zaczyna się dzielić.
Jedne kluby funkcjonują w silnych strukturach organizacyjnych, korzystając z zaplecza dużych miast lub męskich klubów.
Inne opierają się głównie na pasji kilku działaczy i pracy akademii.
Efekt?
Na rynku transferowym coraz trudniej rywalizować.
Najlepsze zawodniczki wybierają miejsca gwarantujące stabilność.
Lepsze warunki treningowe. Wyższe wynagrodzenie. Lepszą opiekę medyczną.
To nie kwestia lojalności. To zwykła zawodowa decyzja. I trudno mieć o to pretensje.
Największym przegranym jest… zawodniczka
O finansach najczęściej rozmawiamy z perspektywy klubów. A przecież cała ta układanka uderza przede wszystkim w piłkarki.
Średnie wynagrodzenia w Orlen Ekstralidze nadal nie pozwalają wielu zawodniczkom utrzymywać się wyłącznie z futbolu. Konieczność łączenia treningów z pracą zawodową oznacza większe zmęczenie, mniej czasu na regenerację i większe ryzyko kontuzji.
Najbardziej bolesnym symbolem tych problemów stały się urazy więzadeł krzyżowych.
ACL od kilku lat zbiera ogromne żniwo w kobiecym futbolu. Każda taka kontuzja oznacza miesiące rehabilitacji. Czasem koniec kariery.
A w Polsce często również ogromny problem finansowy.
Bo nie wszystkie zawodniczki mają odpowiednie zabezpieczenia zdrowotne i ubezpieczenia pokrywające koszt leczenia.
To temat, o którym mówi się zdecydowanie za mało.
Piłka kobiet przestała być projektem społecznym
Przez lata kobiecy futbol rozwijał się głównie dzięki ludziom z pasją. Trenerom. Działaczom. Rodzicom. Wolontariuszom. To oni stworzyli fundament, na którym dziś budowana jest cała dyscyplina.
Ale ten etap właśnie się kończy. Europa przestała traktować piłkę kobiet jako projekt społeczny.
Stała się ona produktem premium. Sponsorzy widzą w niej wartość marketingową. Telewizje walczą o prawa. Koncerny inwestują miliony. Fundusze inwestycyjne zaczynają dostrzegać potencjał wzrostu.
A my?
My nadal często zastanawiamy się, czy klub będzie miał pieniądze na kolejny wyjazd. I właśnie dlatego największym przeciwnikiem polskich drużyn nie jest dziś Barcelona. Nie jest Chelsea. Nie jest Arsenal.
Największym rywalem pozostaje model finansowania, który coraz wyraźniej przestaje nadążać za tempem rozwoju europejskiego futbolu kobiet.
To nie różnica umiejętności tworzy dziś największą przepaść. To różnica możliwości.
(W kolejnej części przejdę do porównania Polski ze Skandynawią, Czechami, Austrią, Szwajcarią i pokażę, dlaczego nawet mniejsze rynki potrafiły wyprzedzić nas organizacyjnie i finansowo.)
Nie odkrywasz Ameryki. W sekcje kobiece musza inwestowac kluby z meskiej pilki w polaczeniu ze wsparciem pzpn-u. Wszedzie tak zaczynano (Anglia., Francja, Niemcy, Wlochy, Holandia, USA) a potem doszli sponsorzy. Z pilki kobiecej dlugo nie bedzie jeszcze zyskow ale nie o to chodzi. Chodzi o to zeby co raz lepsze warunki przyciagaly dobre zawodniczki i zatrzymywaly w kraju te ktore jeszcze nie maja szans na wybicie sie w mocnych klubach zagranicznych. Jest w Polsce juz baza zeby tak sie zaczelo dziac – w Lechu, w Legii, w Widzewie, w Gorniku Zabrze, w krakowskich klubach ale nie ma jeszcze dzialan organizacyjnych pod przewodnictwem pzpnu. Widocznie prezes ciagle nie wie ze pilkarki sa juz w stanie piac sie do gory na boiskach w kraju.