Przejdź do treści
Serwis do prawidłowego działania wykorzystuje pliki cookies » News » „Dwunasta zawodniczka” na trybunach: Jak zbudować kulturę kibicowania, która poniesie zespół w Europie?

„Dwunasta zawodniczka” na trybunach: Jak zbudować kulturę kibicowania, która poniesie zespół w Europie?

 Nie oszukujmy się – kobiecy futbol to już dawno nie jest niszowa ciekawostka. To najszybciej rosnąca gałąź sportowego biznesu i prawdziwy socjologiczny fenomen. Kiedyś traktowany po macoszemu, systemowo dławiony (wystarczy przypomnieć absurdalne zakazy gry dla kobiet w Niemczech w ubiegłym wieku), dziś wyważa drzwi na największe europejskie areny. Dla mnie, jako bacznego obserwatora tej sportowej rzeczywistości, najciekawsze nie jest to, co dzieje się na murawie, ale to, co buzuje na trybunach. Wkraczamy w erę, w której zbudowanie autentycznej, głośnej i zorganizowanej kultury kibicowania staje się kluczem do sukcesu w Europie. To właśnie „dwunasta zawodniczka” ma deprymować rywalki w Lidze Mistrzyń i ponieść własny zespół w momentach kryzysu.

Ucieczka od toksyczności ku czystej pasji

 Jeśli spojrzymy prawdzie w oczy, męski futbol na przestrzeni dekad mocno zmutował. Na stadionach rozgościło się symulowanie, agresja i często toksyczna, szowinistyczna otoczka. Kibice szukają tam ujścia dla pierwotnych, atawistycznych emocji. I tu na scenę wkracza piłka nożna kobiet, uderzając w zupełnie inne tony.

Dla wielu fanów (w tym również dla mnie) kobiecy futbol zachował w sobie tę pierwotną autentyczność, czystą pasję i duszę, za którą na co dzień bardzo tęsknimy. Piłkarki rzadziej symulują, gra jest bardziej płynna, taktyczna i wyeksponowana na pojedynki jeden na jeden. Społeczność kibiców kobiecej piłki jest silnie zżyta i pozbawiona agresji. Naszym największym wyzwaniem jest teraz przeszczepienie tego fantastycznego, głośnego i fanatycznego wsparcia znanego z męskiego środowiska ultras, ale bez powielania jego negatywnych zachowań.

Magia „Jednego Klubu”, czyli lekcja ze Sztokholmu i Londynu

 Zawsze z uśmiechem na ustach wracam do historii szwedzkiego Hammarby IF. Ten klub ze sztokholmskiej dzielnicy Södermalm udowodnił, jak potężna jest oddolna siła kibiców. Wszystko zaczęło się od małej dziewczynki, która zapytała ojca, dlaczego na meczach kobiet panuje taka grobowa cisza. Ten impuls sprawił, że fani chwycili za megafony i przenieśli tradycyjny, potężny doping ze spotkań panów na mecze pań.

Finał tej historii? Ponad 7 tysięcy kibiców Hammarby jadących na mecz wyjazdowy decydujący o mistrzostwie, bębny, pirotechnika, gigantyczne oprawy (tifo) i obłędny hałas. Zawodniczki same przyznawały, że to wsparcie dodało im skrzydeł. Na podobny krok w Anglii zdecydował się londyński Arsenal ze swoim innowacyjnym projektem „Block by Block”, oddając kibicom pełną władzę nad tworzeniem flag i opraw na Emirates Stadium. Obie te historie łączy jedno – potężna strategia „One Club Mentality”, w której żeńska drużyna nie jest marketingowym dodatkiem, lecz pełnoprawnym sercem klubu.

Inżynieria emocji: Jak sprzedać 90 tysięcy biletów?

 Oczywiście, romantyzm i lokalny patriotyzm to fundament, ale żeby regularnie zapełniać gigantyczne obiekty, potrzebujemy mądrej cyfryzacji. Spójrzmy na to, co zrobiła FC Barcelona Femení w 2022 roku. Katalończycy dwukrotnie rozbili bank, ustanawiając absolutne rekordy świata we frekwencji (ponad 91 tysięcy widzów na Camp Nou!) podczas meczów Ligi Mistrzyń z Realem Madryt i Wolfsburgiem.

Jak tego dokonali? Stworzyli mistrzowski mechanizm FOMO (strach przed tym, że ominie nas coś historycznego). Najpierw zaoferowali tanie lub darmowe pule biletów dla zarejestrowanych członków klubu (socios), a gdy nakręcił się społeczny hype, reszta wejściówek rozeszła się w kilka godzin. Dzień meczowy przypominał radosny festyn celebrujący lokalne bohaterki, takie jak Alexia Putellas. To jasny sygnał: odpowiednia inżynieria biletowa potrafi zamienić stadion w twierdzę.

Polskie podwórko: Poznański „Kocioł” pokazuje moc

 Czy na polskim gruncie jesteśmy w stanie wygenerować podobną energię? Zdecydowanie tak! Mamy w Polsce głęboko zakorzenioną tradycję ruchu Ultras, która – odpowiednio ukierunkowana – jest naszą tajną bronią.

Kapitalnym tego przykładem był półfinałowy mecz Orlen Pucharu Polski, w którym Lech Poznań UAM podjął GKS Katowice na głównej murawie przy ulicy Bułgarskiej. Na trybunach zasiadło 8 311 widzów, bijąc krajowy rekord frekwencji! Ale to nie suche liczby zrobiły na mnie największe wrażenie. Zrobił to legendarny poznański „Kocioł”. Zorganizowane grupy kibicowskie przez okrągłe 90 minut prowadziły niesamowicie głośny, zsynchronizowany doping, który z jednej strony przyprawiał o ciarki na plecach, a z drugiej – paraliżował komunikację rywalek na boisku. To właśnie ten „pozytywny doping” z użyciem bębnów i nagłośnienia jest taktycznym narzędziem, z którym europejskie potęgi nie będą w stanie sobie poradzić.

– fot. Radosław Jurga

Siła płynie z małych ojczyzn

 Abyśmy mogli marzyć o takich pucharowych wieczorach na regularnej stopie, nie możemy zapominać o tym, co najważniejsze – o pracy u podstaw w małych miejscowościach. 

Kiedy lokalne drużyny, otwierają sekcje dla młodych piłkarek, a organizacje społeczne (np. Koła Gospodyń Wiejskich czy lokalne struktury OSP) wspierają sportowe pikniki, buduje się tożsamość. To te młode dziewczyny i ich rodziny za dekadę wypełnią trybuny największych stadionów jako zagorzali, oddani fani. Bo lokalny sport łączy społeczność w unikalny sposób. Pokazuje, że piłka nie ma płci, a herb na koszulce znaczy dla każdego równie wiele.

Podsumowując – budowa „dwunastej zawodniczki” w polskim kobiecym futbolu to projekt długofalowy. Wymaga on rewolucji w głowach działaczy, mądrego marketingu biletowego i – co najważniejsze – otwarcia drzwi dla ultrasów, gotowych zdzierać gardła za swoje lokalne bohaterki. Jeśli dobrze rozegramy tę partię, nasze stadiony w europejskich pucharach staną się fortecami nie do zdobycia.

Dawid Gordecki

3 komentarze do “„Dwunasta zawodniczka” na trybunach: Jak zbudować kulturę kibicowania, która poniesie zespół w Europie?”

  1. Porozmawiajmy na poważnie czyli o kasie w piłce kobiet

    Tour de Pologne 🙂

    Ciekawe jaki procent swoich budżetów, kluby muszą przeznaczyć na mecze wyjazdowe?

    No to kilka spostrzeżeń.
    Województwa lubuskie i zachodniopomorskie, ostatnie sezony miały wspólną czwartą ligę.
    Jednak coś się ma zmienić.
    Kostrzyn nad Odrą ma swój klub 2 III lidze tzw. śląska, aby zaliczyć 11 meczów wyjazdowym w najbliższym sezonie, będzie miał do pokonania około 4400 kilometrów.
    Na przykład sąsiedzi zza miedzy, grający w II lidze północ, LFA Szczecin, aby rozegrać 11 meczów wyjazdowych, będą musieli pokonać 5400 kilometrów 😛
    W tym 4x Warszawa, 3x Mazowsze, 2x Wielkopolska i po razie Łódź i Toruń.
    Kluby warszawskie z tej samej ligi II /północ mają do pokonania 1600 kilometrów.
    Gdyby nie ich „lecim na Szczecin” to by mogły komunikacją miejską czy też podmiejską wybrać na mecze wyjazdowe 🙂
    Sokół Kolbuszowa Dolna II liga południe ma do pokonania 2300 kilometrów.
    A teraz ciekawostka .
    Polonia Środa Wielkopolska, grająca w pierwszej lidze, na Polskich drogach zaliczy 3300 kilometrów. Druga drużyna tej samej Polonii, grająca od nowego sezonu w II lidze …na południu (??) będzie miała do przejechania 3700 kilometrów 😛
    Ale w tym sezonie jest i Polonia III, która z przytupem wygrała IV ligę, i ma zagrać w III lidze tzw. wielkopolska. Skład jeszcze nie podany ale zapowiadają się 3-4 wyjazdy w okolice Bałtyku a to już ponad 1000 kilometrów.
    Tu jest inny temat.
    Dlaczego kluby z jednego województwa, zostały podzielone na północ /południe?
    Niedaleko Środy jest Konin i Słupca (obie grają na północy) Słupczanka na rozegranie meczów wyjazdowych ma do pokonania „tylko” 1400 kilometrów:)
    Podobne fiki-miki są w mieście Łodzi i okolicy. Pabianice grają na południu II ligi a AKS SMS Łódź na północy 🙂
    Między Milionową a obiektem PTC to jest jakieś …20 kilometrów 🙂
    Aha, warto dodać iż są kluby które oprócz seniorek, mają sekcje juniorskie w CLJ U18, U16 oraz rozgrywki wojewódzkie.
    Kolejne kilometry do pokonania.
    Nooo, ale od czego są …Father, Mother, Sister, Brother oraz Uncle Bens 🙂
    Są potrzebni gdyż klubami, wojewódzkimi odnogami i piłkarską centralą włada NIEdowład ….Godfather 😛

    ps. podane kilometry to orientacyjnie, ale tak czy inaczej takie, Tour de Pologne, w ligach niższych to robi …spustoszenie w i tak wacikowych budżetach. Trudno sobie wyobrazić, aby dymać te 400, 500 czy więcej kilometrów, bez minimum jednego noclegu.

    Nasuwa się inne pytanie – Po jakie „chiny ludowe” , rezerwy OK, ale te 3 drużyny ?

  2. Te ciagle podawanie przykladu z meczu Lech – Katowice jest juz raz nudne, dwa po prostu smieszne. W koncu nalezy przyjac do wiadomosci ze kluby z wieloletnia tradycja w pilce meskiej beda mialy ten plus ze uzyja tej samej grupy fanow dla wsparcia meczow pilki kobiecej. Dlatego polskie ligi kobiece musza miec druzyny z silnych meskich osrodkow. Zapomnijmy wreszcie Sosnowiec (max. 200 ludzi na mecz), zapomnijmy Konin, Srode Wlkp, UKS SMS w Lodzi i wiele innych jednosekcyjniakow. Tu sie nic nie zmieni bo zgromadzenie tysiace fanow poprzedza 100 lat tradycji klubu. Dlatego musimy patrzec w kierunku wlasnie klubow z dluga historia – Wisla i Cracovia Krakow, Gornik Zabrze, Widzew Lodz, Zaglebie Lubin, Korona Kielce, Pogon Szczecin, Legia Warszawa. Na zachodzie dawno juz to zrozumiano i mamy w topowych ligach panie Arsenalu, Barcelony, PSG, Bayernu, Chelsea, FC Porto, Benfiki czy Ajaksu a nie Turbine Poczdam, Essen czy Real Oviedo. Niech w koncu pzpn zrobi program i wspolnie z klubami powola do zycia SA dla pilki kobiecej w Polsce. Bo tylko to jest wlasciwa droga.

  3. Poprę osobę która pisała przede mną. Powoływanie się na mecz Lecha jest juz nudne. Może napiszę to jako pierwszy publicznie jak to wyglądało od kulis. Władze Lecha poprosiły grupy kibicowskie o wsparcie w tym meczu. Jako że „kibole” mają wspólne interesy z włodarzami to się zgodzili, przeprowadzono mobilizację w fanklubach i stąd taka frekwencja. Gdy ostatnio Lechitki grały na Bułgarskiej to frekwencja nie przekroczyła nawet tysiąca osób. Mecze Lecha w Plewiskach ogląda na co dzień garstka kibiców. Autor tego artykułu atakuje męską piłkę, a jednocześnie chce aby z tej piłki płynęły pieniądze do kobiet. Obecnie kobieca piłka choć się rozwija ma bardzo małą wartość marketingową, nie przyciąga sponsorów. Nie przyciąga bo nie oferuje nic co może być atrakcyjne dla firm. Sama ambicja dziewczyn nic w tym nie pomoże. Jednocześnie kontrakty rzędu 3-4 tysięcy w kobiecej I lidze (nie ekstra) są coraz częstsze. Do tego zwroty za dojazdy czy mieszkania oferowane przez kluby. Męska piłka stałą się produktem, atrakcyjnym dla reklamodawców przez co popłynęły tam pieniądze. Kobieca jeszcze takim nie jest. Kibic musi chcieć przychodzić na stadion czy obejrzeć mecz w telewizji. Bez bazy fanów to się nie uda. Jaka jest frekwencja na meczach E, I czy II ligi każdy wie. To zazwyczaj tylko rodziny, przyjaciółki, przyjaciele, znajomi i niewielkie grupy kibiców, wiernych kibiców, którzy przyjdą na każdy mecz. Wyciąganie pojedynczych spotkań Lecha, Pogoni, Legi nie zmieni tego obrazu. Każda frekwencja to jednorazowa akcja spowodowana mobilizacją na konkretne wydarzenie. Najbardziej smuci to, że na jeden mecz męskiej ekstraklasy potrafi przyjść więcej osób niż na wszystkie mecze kobiece razem wzięte z jednego weekendu.

Autor

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

error: Content is protected !!