Kiedy patrzymy na rozwój kobiecej piłki nożnej w Polsce, trudno nie czuć dumy. Mamy potężnego sponsora tytularnego, transmisje w telewizji i rosnące wsparcie centrali. Ale w kuluarach, gabinetach prezesów i na trenerskich ławkach wciąż wrze jeden potężny spór: czy Orlen Ekstraliga Kobiet powinna zostać powiększona? Środowisko pękło na pół. Z jednej strony mamy wizjonerów patrzących na Zachód, z drugiej – pragmatyków wskazujących na nasze dziurawe podwórko. Przyjrzyjmy się tej pasjonującej debacie, zestawiając twarde argumenty obu stron.
ARGUMENTY ZA: Uciekający pociąg do Europy i głód gry
Zwolennicy ekspansji mają w ręku potężne, międzynarodowe karty. Twierdzą, że 12-zespołowa liga to archaizm, który dusi nasz potencjał. I trudno odmówić im logiki, gdy spojrzymy na to, co robią najlepsi.
- Zachód ucieka do przodu: Najlepsze ligi świata nie czekają. W Anglii potężna Barclays Women’s Super League (WSL) właśnie podjęła decyzję o rozszerzeniu do 14 drużyn. W Niemczech tamtejsza Frauen-Bundesliga robi dokładnie to samo od sezonu 2025/2026, a docelowo celuje w 16 zespołów. Skoro najlepsi czują potrzebę powiększania rozgrywek, my nie możemy stać w miejscu.
- Reforma Ligi Mistrzyń: Zbliżająca się rewolucja w Lidze Mistrzyń (nowy format z 18 drużynami w jednej tabeli) będzie morderczym sprawdzianem wydolności. Nasze zawodniczki grają w lidze zaledwie 22 kolejki. To zdecydowanie za mała intensywność meczowa, by na arenie europejskiej nawiązać równorzędną walkę z rywalkami przyzwyczajonymi do gry co trzy dni.
- Rosnąca siła zaplecza: Zwolennicy powiększenia słusznie zauważają, że Orlen 1. Liga przestała być ligą amatorską. Kluby takie jak Legia Warszawa czy Lech UAM Poznań to potężne marki z ogromnym potencjałem kibicowskim. Mecz w Poznaniu z GKS-em Katowice zgromadził na trybunach ponad 8 tysięcy widzów! Wpuszczenie takich ekip do elity to naturalny krok w budowaniu komercyjnego prestiżu kobiecego futbolu.
ARGUMENTY PRZECIW: Dziurawe dachy, liga dwóch prędkości i patologie
Kiedy jednak opadnie entuzjazm, do głosu dochodzą przeciwnicy powiększenia. Ich argumenty są brutalne, bolesne, ale mocno osadzone w polskich realiach. Zwiększenie ligi? „Najpierw zbudujcie fundamenty, a nie zamek na piasku!” – grzmią.
- Liga dwóch prędkości i antyreklama: Obecnie w lidze dominuje „Wielka Czwórka” (m.in. Czarni Sosnowiec, Pogoń Szczecin, GKS Katowice). Przepaść między nimi a dołem tabeli jest tak gigantyczna, że mecze z udziałem najsłabszych często kończą się hokejowymi wynikami. Rezultaty te nie mają absolutnie żadnej wartości szkoleniowej ani marketingowej. Jeśli zaprosimy do elity jeszcze słabsze drużyny, będziemy oglądać cotygodniowe pogromy, które tylko zniechęcą kibiców i sponsorów.
- Infrastrukturalny dramat: Wymogi licencyjne bezlitośnie weryfikują rzeczywistość. W wielu klubach brakuje podstaw: piłkarki wchodzą do ciasnych szatni bez okien, a fizjoterapeuci nie mają nawet gdzie rozstawić stołu do masażu. Kiedy z brakiem odpowiednich boisk borykają się potęgi z Warszawy czy Poznania, jak mają sobie poradzić mniejsze ośrodki w 14-zespołowej lidze?
- Handel licencjami: Brak stabilności finansowej słabszych klubów otwiera furtkę do niebezpiecznych patologii. Wystarczy wspomnieć niedawną aferę, w której inwestor z Widzewa Łódź próbował po prostu kupić licencję spadkowicza – Pogoni Tczew, aby wejść na szczebel centralny na skróty. Sztuczne pompowanie ligi to zaproszenie do fali bankructw w trakcie sezonu i handlu miejscami przy zielonym stoliku, co niszczy ideę fair play.
Mój werdykt: Baraże to jedyny ratunek przed chaosem
Kto w tym sporze ma zatem rację? Uważam, że powiększenie Ekstraligi to piękny cel, ale fatalny pomysł na „tu i teraz”.
Dlatego z wielką ulgą przyjmuję to, co wymyślił PZPN. Zamiast otwierać drzwi do elity na oścież, wprowadzono nową reformę na sezon 2026/2027: mecze barażowe. Dziesiąta drużyna Orlen Ekstraligi zmierzy się w morderczym dwumeczu z trzecią siłą 1. Ligi.
To jest idealny kompromis w tej debacie! Ewolucja, a nie rewolucja. Zespoły ze środka tabeli poczują presję do samego końca, kibice dostaną mecze o gigantycznej stawce emocjonalnej, a pierwszoligowcy będą musieli udowodnić swoją wartość na boisku, a nie w gabinetach. Zanim dobijemy do wymarzonych 14 zespołów, upewnijmy się, że nasza „dwunastka” jest elitą z prawdziwego zdarzenia – taką, która ma wyrównane budżety, godne szatnie i potrafi stworzyć widowisko, na które po prostu chce się patrzeć.
To że z rozgrywkami ligowymi kobiet coś trzeba zrobić, to oczywiste.
Miniony sezon to tylko potwierdził iż różnice między klubami są ogromne.
Natomiast różnica między ligami to już przepaść.
W ekstralidze mieliśmy dominującą czwórkę, przeciętny środek i spadkowicze którzy od początku szorowali po dnie ligowej tabeli.
Są dwie opcje co zrobić z rozgrywkami, pierwsza to rozbudować ligi, druga to zrobić ostre cięcie.
Osobiście jestem za tym drugim rozwiązaniem. Znając realia większości kobiecych klubów, a raczej jaka tam skrzeczy rzeczywistość. To stać nas na posiadanie jedynie jednej ligi centralnej, max 12 drużyn 😛
Jednak mimo wszystko wzorem rozgrywek męskich – Ekstraliga 12 drużyn, I liga 12 drużyn, II liga 14 drużyn. Cała reszta to rozgrywki wojewódzkie, i tak wiele klubów klepie biedę, mają problem gdzie rozegrać mecz domowy, brak kasy na mecz wyjazdowy, a nawet zebrać meczową „11” !
Generalnie klubom piłkarskim należy stawiać wymagania względem organizacji i funkcjonowania klubu, jeżeli chcą być poważnie traktowani, przez władze lokalne, potencjalnych sponsorów, media oraz co najważniejsze przez kibiców.
Jak nie to niech walczą o Puchar Siekiery ( jeszcze coś takiego istnieje ?)
Jedynym rozwiazaniem jest obowiazek posiadania sekcji kobiecej w klubach meskich od powiedzmy ekstraklasy do 3 ligi. Kobiece sekcje mialaby wtedy dostep do infrastruktruy klubowej na poziomie i graly na duzych stadionach. Ekstraliga powinna miec 14 druzyn, I liga 1 2druzyn i 2 liga z podzialem na dwie grupy po 12 druzyn w grupie. Tym sposobem bylaby promocja druzyn kobiecych i z ligi wypadly by wszelkie wsie i LZSy, gdzie za ogrodzeniem pasa sie krowy. Kto chcialby grac w takich ligach musialby spelnic pewne, dosc wysokie wymogi, wtedy bysmy ogladali mecze kobiecych druzyn Lecha, Legii, Widzewa, Cracovii, Katowic a nie parady akademii czy szkolek sportowych jak SMS Lodz, Tczewa czy innych bezsensownych inicjatyw. Pierwsze lata to wsparcie od sponosorow pzpn i lokalnych przy czym pierwsze dwie ligi musialby pferpwac zawodowe kontrakty z zarobkami od 5 do 15 tys. pln na miesiac. Wiele zalezy od inicjatywy dzialaczy i biznesmenow czy chca sie wreszcie zabrac za kobieca pilke nozna czy tylko dalej udawac.