Emocje po losowaniu baraży do Mistrzostw Świata 2027 podobno sięgają zenitu. Szkoda tylko, że w obozie naszej reprezentacji ten entuzjazm przypomina radość pasażera Titanica, który właśnie dowiedział się, że omija pierwszą górę lodową, by za chwilę uderzyć w drugą. Zagramy z Belgią. Tymczasem kadra dalej tkwi w mitycznym, trwającym już szósty rok „procesie” selekcjonerki Niny Patalon, którego najświeższym, namacalnym efektem jest spektakularny spadek z elitarnej Dywizji A Ligi Narodów. W piłkarskim środowisku tli się jednak iskierka urzędowego optymizmu, w głównej mierze dlatego, że do zespołu wraca nasza armata. Pytanie tylko, czy to wystarczy na poważną, europejską piłkę?
Belgijski walec i islandzka miotła
W pierwszej rundzie los skojarzył nas z reprezentacją Belgii. I tu zaczynają się prawdziwe schody. Belgijki to nie jest zespół, który można zlekceważyć czy „zaczarować” gładkimi słówkami na konferencji prasowej. Kiedy tamtejsza federacja zorientowała się, że drużyna uderzyła w szklany sufit, pożegnała trenera Ivesa Serneelsa (który pracował z nimi 14 lat!) i ściągnęła islandzką specjalistkę, Elísabet Gunnarsdóttir. Efekt nowej miotły przyszedł błyskawicznie. W sześciu meczach Ligi Narodów „Red Flames” straciły zaledwie jedną bramkę, imponując żelazną defensywą i brutalnym pragmatyzmem.
Żeby tego było mało, na szpicy Belgijki mają Tessę Wullaert – napastniczkę wybitną, która w koszulce narodowej ukłuła rywalki ponad 105 razy, detronizując w klasyfikacji wszech czasów samego Romelu Lukaku. Z czym my wyjdziemy na ten taktyczny monolit? Z radosną luką w asekuracji i defensywą, która gubi się przy najmniejszym pressingu.
Zdrowa Pajor wraca, ale czy potrafi się sklonować?
Zwolennicy obecnego sztabu szkoleniowego mają w rękawie jednego asa, którym będą teraz wymachiwać na prawo i lewo: wraca zdrowie! W fatalnych, czerwcowych meczach nasza drużyna była faktycznie potężnie osłabiona. Wiele wskazuje na to, że na październikowe baraże w pełni sił powrócą leczące letnie urazy Ewa Pajor i Natalia Wróbel.
Zgoda, powrót Pajor do ataku to potężny zastrzyk bezcennej jakości. Nasza kapitan swoją dynamiką potrafi w pojedynkę absorbować obrończynie i rozrywać defensywne linie rywalek. Z w pełni zdrową gwiazdą z przodu znów mamy argumenty, by postraszyć rywala. Sęk w tym, że piłka nożna to sport zespołowy, a jedna, choćby najlepsza na świecie zawodniczka nie posprząta bałaganu, jaki regularnie funduje nam linia obrony. Oczekujemy, że w pełni zdrowa Ewa Pajor niczym superbohaterka załata wszystkie luki w taktycznym „procesie”? Nasze obrończynie i tak będą musiały wymyślić, jak nie pozwolić wspomnianej Tessie Wullaert wjeżdżać w nasze pole karne jak w masło.
Atut własnego boiska i irlandzki koszmar za rogiem
Zabawmy się jednak w futurologię i załóżmy, że jakimś cudem, niesieni powrotem naszej kapitan, przepchniemy dwumecz z Belgią. Pomoże nam w tym z pewnością fakt, że jesteśmy drużyną rozstawioną i decydujący rewanż zagramy we własnym domu, w Gdańsku. Ale co potem? W finale baraży niemal na pewno zderzymy się z Republiką Irlandii.
Pamiętacie państwo ten kwietniowy dramat z 2026 roku? To właśnie Wyspiarki sprowadziły nas z chmur prosto w błoto, bijąc nas dwa razy (2:3 i 0:1). W gdańskim starciu obrona była tak zdezorientowana, że już po 20 minutach musieliśmy odrabiać dwubramkową stratę. Irlandki najzwyczajniej w świecie stłamsiły nas fizycznie. Ewentualny zimowy finał baraży będzie wymagał drastycznej zmiany ustawienia, a nie tylko licznej obecności kibiców na trybunach.
Koniec sztucznego PR-u i wybujałego ego
Główny zarzut pod adresem reprezentacji nie dotyczy wyłącznie braku zwycięstw, ale przede wszystkim reakcji na własne klęski. Sześć lat kadencji Niny Patalon zaowocowało bolesnym spadkiem z Dywizji A i totalną bezradnością. A co dostajemy w zamian? PR-ową tarczę z wymówek o złym stanie murawy w Irlandii (jakby nasze grały w baletkach), cenzurowanie trudnych pytań i rozkładanie rąk na konferencjach prasowych. Były selekcjoner kadry, Roman Jaszczak, miał całkowitą rację wytykając w mediach „brak pokory” oraz „przerost ambicji nad warsztatem”.
Jeśli w październiku zderzenie z Belgią zakończy się katastrofą, ten mityczny i wymęczony „proces” musi zostać ostatecznie zakończony dymisją. Oby powrót zdrowej Ewy Pajor uratował honor (i posadę) sztabu szkoleniowego. W przeciwnym razie, kolejny mundial obejrzymy w telewizji, słuchając kolejnych tłumaczeń o tym, jak wspaniale budujemy zespół na przyszłą dekadę. Czas na brutalną weryfikację.
Czyli nie ma szans aby ten „proces” natychmiast przerwać? Nowy trener/ka mieliby czas do jesieni aby zacząć budować coś nowego, lepszego. Czy ktokolwiek z Państwa spodziewa się jeszcze czegoś dobrego po tej bardziej celebrytce niż człowieku który ma dużą wiedzę na temat kobiecej piłki? I to jest fenomen którego nie rozumiem. Każdy wie że ten „proces” nie ma żadnej przyszłości a jednak trwa…