Powrót do gry w narodowych barwach po długiej i bolesnej walce z kontuzją to zazwyczaj spełnienie marzeń. Niestety, dla reprezentantek Szkocji ten wyczekiwany moment brutalnie zderzył się z rzeczywistością. Zamiast gorącego dopingu i sportowego święta, w Budapeszcie przywita je przejmująca cisza całkowicie pustych trybun.
Wszystko przez trwający konflikt zbrojny i wielką politykę, która po raz kolejny wdarła się na piłkarskie boiska. Ze względów bezpieczeństwa władze europejskiego futbolu przeniosły mecze z udziałem Izraela na teren neutralny, zamykając przy tym stadiony dla kibiców. O ile w sąsiedniej Irlandii głośno mówi się o zbojkotowaniu podobnych spotkań przez tamtejszą kadrę, o tyle szkocka federacja podeszła do sprawy do bólu pragmatycznie: odmowa wyjścia na murawę oznaczałaby oddanie meczu walkowerem. W szatni szkockich piłkarek temat buntu ostatecznie w ogóle nie zaistniał.
Dziewczyny znalazły się w prawdziwym potrzasku. Z jednej strony są przecież ludźmi – doskonale widzą dramatyczne wydarzenia na świecie i głęboko im współczują. Z drugiej strony są profesjonalnymi sportsmenkami. System wymaga od nich, by brutalnie oddzieliły osobiste emocje od zawodowego obowiązku. Najważniejsze decyzje zapadają w zaciszu gabinetów piłkarskich działaczy, podczas gdy same zawodniczki dostają z góry narzucone polecenie: wyjść i zagrać, bez względu na to, jak niezręczna jest to sytuacja.
Dla kogoś, kto latami pracował na powrót do zdrowia, odrzucenie powołania z powodów pozasportowych to często niewyobrażalne poświęcenie. Piłkarkom nie pozostaje nic innego, jak schować prywatne dylematy do kieszeni i zacisnąć zęby. Choć otoczka tego dwumeczu nie ma nic wspólnego z duchem sportu, Szkotki wciąż mają przed sobą konkretne zadanie. Jako obecne liderki grupy muszą zignorować polityczny szum i po prostu dowieźć zwycięstwo do końca.