Aitana Bonmatí nie gryzie się w język, otwarcie krytykując kierunek, w którym zmierza hiszpańska piłka kobieca. Czy jej frustracja jest uzasadniona, czy może to tylko wierzchołek góry lodowej? Przyglądamy się argumentom dotyczącym przemęczenia zawodniczek, zarządzania finansami i rozwoju ligi w zestawieniu z europejskimi realiami.
Piłkarska „bańka” i potrzeba szerszej perspektywy
Niewiele osób wie, lecz obok zamiłowania do niemieckiej piłki, od kilku lat moją drugą “miłością” jest piłkarska Hiszpania. Z zaciekawieniem czytałem ostatnie wywiady z Aitaną i muszę przyznać, że w tym przypadku mowa jest srebrem, ale milczenie złotem.
Aby lepiej zrozumieć emocje zawodniczki, warto przywołać wywiad, jakiego w 2017 roku udzielił piłkarz SC Freiburg, Nils Petersen. Zwrócił on uwagę na hermetyczne środowisko zawodowego futbolu, w którym wszystko jest załatwiane przez klub. Petersen ubolewał, że specyfika zawodu odbiera piłkarzom czas na edukację i zgłębianie wiedzy o świecie, co sprawia, że często czują się niepewnie w tematach niezwiązanych z boiskiem. Ten kontekst jest kluczowy, gdy słuchamy dzisiejszych głosów gwiazd futbolu.
Więcej na temat krytyki Aitany możecie przeczytać tutaj: Aitana Bonmatí ostro krytykuje Liga F.
Liga F: Pionierzy w potrzasku własnych schematów?
Piłka nożna kobiet rozwija się w tempie, którego nikt nie przewidział. Kobiecy futbol stał się w pełni profesjonalny, a zasady rządzące tą dyscypliną upodobniły się do męskich. Kończy się czas romantycznych małych klubów – do gry wchodzi komercjalizacja, świadomi sponsorzy i wielkie pieniądze.
Hiszpania była pionierem, tworząc pierwszą w Europie profesjonalną ligę dla kobiet (Liga Profesional de Fútbol Femenino) pod przewodnictwem pani Beatriz Álvarez. Organizacja ta jest liderem, jednak mam jeden zarzut: skupienie wyłącznie na najwyższym szczeblu, podczas gdy zaplecze ligi pozostaje w cieniu.

Czy piłkarki naprawdę grają za dużo?
Krytyka Aitany Bonmatí skupia się na dwóch aspektach: zbyt dużej liczbie meczów oraz złym zarządzaniu finansami i braku wizji.
Bonmatí twierdzi, że piłkarki są przemęczone, co odbija się na ich formie w turniejach rangi mistrzowskiej. Co ciekawe, w Niemczech i Anglii słychać głosy wręcz przeciwne – zawodniczki narzekały na zbyt małą liczbę spotkań ligowych, co wymusiło powiększenie lig do 14, a w planach nawet 16 zespołów.
Kiedy jednak przyjrzymy się liczbom, różnice w liczbie rozegranych meczów między topowymi klubami (np. Barceloną a Arsenalem czy Bayernem) są minimalne. Prawdziwy „szok” i powód większego zmęczenia nie leży w lidze, lecz w rozgrywkach kadr narodowych, a konkretnie we wprowadzeniu przez UEFA Ligi Narodów, co drastycznie zwiększyło obciążenie zawodniczek w ostatnich latach.

Finanse: Wielki potencjał i niespełnione ambicje
Pod kątem dochodów z praw TV, liga hiszpańska jest drugą siłą w Europie. Liga F współpracuje z La Liga i RFEF, co przynosi efekty – obroty netto wzrosły o ponad 27% w sezonie 2023/2024. W przyszłości przewidywane są jeszcze wyższe przychody.
Zgadzam się jednak z Aitaną: nie potrafiono w pełni wykorzystać sukcesów reprezentacji, przekuwając je na finansowy sukces całej ligi. Hiszpańska piłka kobieca stoi na czterech filarach:
- FC Barcelona (hegemon klubowy),
- Reprezentacja A (Mistrz Świata, Wicemistrz Europy),
- Kadra U19 (seryjny Mistrz Europy),
- Kadra U17 (wielokrotny Mistrz Europy i Świata).
Mimo tych osiągnięć, kluby wciąż zmagają się z ograniczeniami budżetowymi, a zarzuty o brak wsparcia finansowego ze strony męskich sekcji są w dużej mierze słuszne.

Kto ponosi winę za brak harmonijnego rozwoju?
Wiele osób wskazuje na angielską WSL jako wzór do naśladowania, jednak podchodzę do tego z rezerwą. Tamtejsze kluby operują na ogromnych stratach i kredytach, co może okazać się „bańką”.
W Hiszpanii problemem jest nie tylko związek, ale przede wszystkim postawa samych klubów. Nie potrafię przejść obojętnie obok frekwencji – gdy na meczu ligowym pojawia się zaledwie 48 widzów, widać, że kluby robią stanowczo za mało w kwestii promocji. Liga F to trzecia siła w Europie, ale rozwój dzieje się zdecydowanie zbyt wolno.
Choć w wielu kwestiach z Aitaną się nie zgadzam, cieszę się z jednego: jakość rozmowy o kobiecej piłce zmieniła się diametralnie. Dziś mówi się o warunkach, podróżach i profesjonalizmie, co jest ogromnym krokiem naprzód.
Hiszpania gospodarczo jest duzo slabsza od Anglii i Niemiec. Juz tutaj porownania nie maja sensu. Hiszpanskie kluby czesto maja slabych sponsorow i ich budzety sa duzo nizsze od angielskich i niemieckich. Sila nabywcza Hiszpana byla dotychczas zdecydowanie slabsza od Anglika i Niemca co sie odbija na frekwencji. Niemieckie i angielskie kluby w kadrach posiadaja jakosciowo lepsze zawodniczki, w Hiszpanii tak naprawde tylko Barcelona ma jakosc, juz Real czy Atletico sa daleko w tyle wystawiajac pilkarki co najwyzszej sredniej klasy. Hiszpania praktycznie robi co moze i na nic wiecej jej wlasnymi silami obecnie nie stac. Zobacz jacy sponsorzy stoja za klubami niemieckimi – Volkswagen, Bayer, Red Bull, SAP – to sa miliardowe potegi. W Anglii podobnie. London City to bankowa elita, kredycik tu czy tam to dla nich zaden problem zatem o „bankach” nie ma mowy. W Hiszpanii pare groszy daja zykle ratusze i jacys lokalni biznesmeni o slabej sile. Za te sumy mozna kupic sobie pilkarke z Polski, ale nawet nie reprezentantke kraju bo w Hiszpanii zarobi ona moze 1500 euro na miesiac. O czym wiec mowa? Hiszpania to Barcelona i reszta. I ta reszta jest biedna i nie wskazuje nic na to zeby mialo sie cokolwiek zmienic na lepsze.